Serwis Trampkarzy Młodszych BKS

             Nieprzerwana seria zwycięstw , wciąż trwa - relacja poniżej .     Wspomnienia i zdjęcia z wyjazdu części naszej drużyny do Manchesteru - na dole strony .         




[Rozmiar: 12804 bajtów]


[Rozmiar: 13782 bajtów]


BKS Lublin           [Rozmiar: 4723 bajtów]           [Rozmiar: 8392 bajtów]



29.10.2011 Mecz z Lewartem Lubartów

   Tak jak przed rokiem meczem kończącym rundę jesienną – i zarazem rozgrywki udziwnione przez LZPN – był mecz z Lewartem Lubartów. Dla trampkarzy starszych BKS - ligowy klasyk. We wrześniu 2008 zwycięskim 6:0 w Lubartowie, trenowani wówczas przez pana Artura Aleksandrowicza młodzicy młodsi „Beksy” rozpoczęli swoją ligową przygodę. W spokojną, cichą, jesienną, ale ciepłą i słoneczną ostatnią sobotę października z kolegami z Lubartowa naszym chłopcom przyszło mierzyć się siódmy raz. I chociaż Lewart to solidna drużyna BKS był lepszym we wszystkich dotychczasowych ligowych potyczkach. Bilans bramek – o ile mnie pamięć nie myli: 21-4 – oraz wygrany sparing 5:0 przed inauguracją rozgrywek wskazywał, że gospodarze są zdecydowanym faworytem. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do minionego sezonu całą rundę potrafili utrzymać wysoką formę, uniknąć urazów i kontuzji. Pierwsze minuty meczu wskazywały, że tym razem będzie podobnie, wręcz „miło, lekko i przyjemnie”. Nie tak jak rok temu, kiedy pod koniec rundy BKS „złapał zadyszkę” i szczęśliwie wygrał 1:0.
   W 3 minucie po szybkiej „klepce” Pawła Rekiela z „Zagórem” Kuba znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem, ale nie trafił. Minutę później, po równie szybkiej wymianie kilku podań sędzia odgwizdał spalonego „Bulby”. Druga już akcja pachniała golem, który padł w 8 minucie. „Zagór” – celnym, długim podaniem do nie obstawionego „Olszy” – przeniósł ciężar gry na prawą stronę boiska, a Kuba z prawego narożnika pola karnego przelobował bramkarza gości.
   Następne gole wydawały się być kwestią czasu. Minutę później „Olszówka” – po klepce z „Rekielkiem” - po raz drugi powinien zaliczyć trafienie. Pewnie by tak było gdyby uderzał od razu, a nie bawił się w zbędne „klejenie” piłki do nogi. W 10 minucie, gdyby długie podanie „Wieśka” do „Seby” było lżejsze, Sebastian najprawdopodobniej zdobyłby gola. Podobnych, a nawet bardziej klarownych sytuacji w pierwszej połowie było co najmniej kilka. Szanse mieli „Olsza”, „Zagór”, Paweł Rekiel, dwie niewykorzystane „setki” na swe konto może zapisać skuteczny przecież „Kylo”. Tylko on wie, jak to się stało, że w 29 minucie w sytuacji sam na sam lepszym był bramkarz gości i dlaczego w 34 minucie po jego uderzeniu głową piłka nie zatrzepotała w siatce. W bramce stał wówczas zawodnik z pola. Bramkarz – po faulu na Pawle Rekielu przed polem karnym – na 5 minut został usunięty z boiska. Po kolejnym, niecelnym strzale Krzyśka z dystansu trener nie wytrzymał i krzyknął: „Chłopaki! Tam stoi ktoś, kto nie jest bramkarzem!”.
   Zamiast trzech, czterech, a nawet 5 goli „biało czerwono niebiescy” do gwizdka kończącego pierwszą połowę mieli na koncie tylko jedno trafienie. Uwzględniając tegoroczne prawo drugiej połowy po przerwie można było spodziewać się pogromu „niebieskich”, którzy podczas pierwszych 40 minut ani razu nie zagrozili bramce pokrzykującego nieustannie i doradzającego kolegom Maksa
   Druga połowa obaliła jednak to prawo. BKS miał przewagę, z której nic nie wynikało. W miarę szybką grę piłką z pierwszej części meczu, w drugiej zastąpiło jej „wożenie, przetrzymywanie i holowanie”. Najlepszym komentarzem do boiskowych wydarzeń mogą być słowa dziadka Pawła Barana: „Kopanina się zrobiła. Były takie mecze, że między sobą piłką rozgrywali. I się nie oszarpali tyle”.
   Bramka jednak padła w 54 minucie. Po rzucie rożnym wykonywanym przez „Zagóra” piłkę – uderzeniem głową – w siatce umieścił Krzysiek Gładosz, jednak królem drugiej połowy mógł i powinien zostać Grzesiek Trela. Byłoby tak, gdyby wykorzystał trzy „setki”. Jedna z nich może być doskonałym materiałem szkoleniowym. Po dośrodkowaniu „Zagóra” z naszej prawej strony boiska, „Gelian” uderzeniem głową przedłużył jej lot tak, że minęła prawy słupek bramki gości. Warto w tym momencie posłuchać trenera: „przyszła z prawej, uderzam w prawo! Kontrująca piłka w ten róg, z której strony przyszła!”. „Nie kombinuj, nie kombinuj Grzesiu!” – krzyknął Maks.
    Goście – w 80 minucie po chwili wahania stojącego między słupkami Bartka – mogli zdobyć bramkę, ale piłkę z linii bramkowej wybił Kuba Zagórski.
   Biorąc pod uwagę ilość stworzonych sytuacji – przede wszystkim w pierwszej połowie – BKS wygrał mecz zasłużenie. Przypieczętował nim – jeśli tak można powiedzieć wobec dziwnej zasady tegorocznych rozgrywek – zwycięstwo w lidze. Trzy razy najwyższy stopień podium był bardzo blisko. W rozgrywkach młodzików młodszych skończyło się na 4-tym miejscu, potem było trzecie, drugie i teraz pierwsze.
   Mecz z Lewartem zakończył nie tylko jesienne, ligowe rozgrywki, ale także pewien etap przygody z piłką. Od wiosny zacznie się poważniejsza gra z bardziej wymagającymi rywalami. Każdy mecz będzie ciężki i trudny, chociaż jak przypuszczam u rywali będziecie wzbudzać respekt. Myślę, że całkiem zasadnie będą się was po prostu bali. Bo naprawdę umiecie grać piłką i w piłkę. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że w całej lubelskiej lidze, pod względem technicznym nie ma tak dobrze wyszkolonej drużyny. Jako całości i sporej liczby indywidualności. Jest tylko jedno ale: to co powinno być atutem, może stać się kulą u nogi! Mam na myśli inklinacje - u co najmniej kilku - do zbyt indywidualnej gry. Trzeba przyznać: to też potraficie, ale podczas meczu warto mieć oczy szeroko otwarte, widzieć dalej i więcej niż tylko piłkę i swobodnie mijanego rywala. Sztuką jest umiejętność minięcia i kiwnięcia, ale także szybkie, celne, dłuższe lub krótsze podanie do lepiej ustawionego kolegi. Jeśli na tym polu równowaga nie zostanie zachwiana, jeśli będziecie grać piłką – jestem pewien, że tą trudną, opanowaną już przez was umiejętność udoskonali z wami wasz trener, jeśli wiosną nie zabraknie koncentracji i sportowej agresji w grze, jeśli nie będzie nawet najbardziej uzasadnionego „boiskowego kłapania jęzorem”, wiosną w I lidze powinno być dobrze, a nawet jeszcze lepiej. Na przygotowanie się do tego trudniejszego etapu przygody z piłką pozostało prawie 5 miesięcy. O warunki przygotowań możecie być spokojni. Myślę, że niewiele drużyn ma taki komfort. Trzeba się po prostu teraz zabrać do roboty, aby jesienią zagrać w I lidze juniorów młodszych.

Andrzej Rekiel

BKS Lublin –Lewart Lubartów 2:0 (1:0)

Bramki dla BKS: J. Olszewski (8 min.) i K. Gładosz (54 min.)

BKS Lublin: M. Żuber, K. Ludwicki, P. Baran, Ł. Jaśkiewicz, G. Trela, J. Olszewski, Ł. Wiech, K. Gładosz, S. Wrzesiński, P. Rekiel, J. Zagórski. Zagrali ponadto: B. Klimek, J. Wąsik, P. Karwat, J. Kędzierski, P. Dolar, Sz. Szawara, P. Warowny.




BKS Lublin - Lewart Lubartów    2 - 0



22.10.2011 Mecz z Orlętami Radzyń

   Tym razem po meczowej relacji nie da się zbyć kilku słowy. Mottem do niej może być zdanie, które - przed kilkunastu a nawet więcej laty - stosowano do opisu gry reprezentacji Hiszpanii. Każdy turniej o mistrzostwo świata czy Europy hiszpańscy komentatorzy sportowi kwitowali stwierdzeniem: „graliśmy dobrze jak nigdy, przegrywaliśmy jak zawsze”. Parafrazą tego powiedzenia zastosowaną do meczu w Radzyniu i jesiennej rundy rozgrywek może być: „zaczęło się jak nigdy, jak zawsze skończyło”. Otóż zdeterminowani gospodarze - remis zapewniłby im miejsce w pierwszej piątce i wiosenną grę w chaotycznie, naprędce i głupio montowanej I lidze - prowadzenie objęli już w 3 minucie. Nie było ono rezultatem oszałamiającej akcji, lecz ewidentnego błędu – jeśli był to tylko błąd – sędziego i braku koncentracji w grze obronnej. Swoje trzy grosze dołożył też przypadek.
   Do piłki wybitej przez bramkarza gospodarzy na środku pola wyskoczyło czterech zawodników: dwóch „zielonych” i dwóch „biało – czerwono – niebieskich” . I choć nikt nikogo nie faulował – nagrany materiał nie pozostawia co do tegoż złudzeń – sędzia odgwizdał faul dla gospodarzy. „To żart przecież!” – zupełnie słusznie decyzję arbitra skomentował trener gości.
   Piłkę silnie kopniętą przed siebie obrońca BKS wyekspediował poza linię końcową boiska. Gdyby wyskok był energiczniejszy i bardziej zdecydowany, rzutu rożnego by nie było. Piłkę egzekwowaną z narożnika wybił „Ludwik”. Zrobił to tak nieszczęśliwie, że przeleciała nad poprzeczką muskając ją. Zamiast bramki samobójczej był kolejny rzut rożny. I tym razem zabrakło stanowczości podczas „walki powietrznej”. Na dodatek piłka odbiła się od „Bulby” wpadając wprost pod nogi piłkarza „Orląt”. Strzał z pierwszej piłki, pod poprzeczką był nie do obrony. „A taki luz był w szatni!” – krzyknął poirytowany trener Guściora.
   Wyrównanie powinno paść już w 4-tej minucie. Wtedy z prawej strony boiska na „wapno” płasko dośrodkował „Zagór” – Sebastian Wrzesiński trafił prosto w bramkarza, a dobitkę „Kyla” zablokował obrońca. Mimo tego goście rozkręcali się na dobre, a gospodarze – dotyczy to całej pierwszej połowy – z trudem przedostawali się poza linię środkową boiska. Przewaga „Beksy” rosła z każdą chwilą. W 8 i 10 minucie gole mógł zdobyć Krzysiek Gładosz. W 12 minucie, gdy wychodził już sam na sam z bramkarzem gospodarzy sędzia przerwał akcję odgwizdując wcześniejszy faul na „Kylu”. Dzieci w przedszkolu rozumieją tak zwane „prawo korzyści”... Parafrazując wiersz Adama Mickiewicza śpiewany przez nieodżałowanego Marka Grechutę można by zanucić: „była to pomyłka, czy też pomaganie?” Przy takiej różnicy piłkarskich umiejętności – „Orlęta” to solidna, silna fizycznie drużyna – żadna pomoc, gdyby taka była, na wiele by się nie zdała. Gospodarze z trudem przekraczali linię środkową boiska i tylko kwestią czasu były bramki dla coraz szybciej operującego piłką BKS-u. Pierwsza padła w 19 minucie po indywidualnej akcji Kuby Zagórskiego. Minął obrońców, bramkarza i sprzed linii końcowej boiska, z ostrego kąta umieścił piłkę w siatce. W 29 minucie miała miejsce kopia akcji „Zagóra”. Tym razem bramkarza minął Paweł Rekiel, ale piłka uderzona przez niego z ostrego kąta otarła się o słupek z niewłaściwej strony. Jakiekolwiek złudzenia o remisie rozwiał Kuba Zagórski strzelając celnie w 33 minucie zza linii pola karnego. „Piłką, piłką przyspieszmy grę!” – instruował trener gości. Trzeba przyznać: w grze BKS-u widać jego rękę. Pokazała to szczególnie druga połowa, a zwłaszcza pierwszy jej kwadrans. Być może był to najlepszy fragment gry jesienią. Ale jeszcze w ostatniej minucie pierwszej części meczu Krzysiek Gładosz mógł podwyższyć na 3:1. Piłka uderzona przez niego z bliska – strzał poprzedził skuteczny i widowiskowy „przebój” w polu karnym - przeleciała nad poprzeczką.
   Druga połowa, a zwłaszcza jej pierwsze 15 minut to koncert gry. Piłka jak po sznurku bardzo szybko krążyła między „biało czerwonymi” szachownicami wywołując najprawdziwszy zawrót głów gospodarzy. W 42 minucie Sebastian Wrzesiński po serii zwodów w polu karnym wycofał piłkę zza „16-kę” skąd trzecim trafieniem popisał się „Zagór”. 5 minut później piłkę z autu, z naszej lewej strony rzucił „Bulba”. Rajd i dośrodkowanie „Rekielka” na gola płaskim strzałem z pola karnego zamienił Krzysiek Gładosz. W 55 minucie Paweł na środku pola przejął piłkę wybitą przez Maksa, „na szybkości” wyprzedził obrońców, minął bramkarza zdobywając 5-ego gola. Dwie minuty później wynik meczu ustalił „Olszówka” strzałem z prawej strony pola karnego. Trafienie poprzedziło długie celne podanie Grzesia Treli do Pawła Rekiela i szybka wymiana piłki Rekiel – Gładosz – Olszewski. Kolejny raz – szybko, skutecznie i ładnie - było „pozamiatane”. W doliczonym czasie gry gola mógł zdobyć Szymon Szawara. Po długiej chorobie był to jego pierwszy, kilkunasto minutowy występ jesienią.
   Mecz w Radzyniu potwierdził wszystko, co o grze BKS-u można powiedzieć. Pod względem wyszkolenia technicznego, szybkiej, kombinacyjnej gry piłką bez wątpienia jest to najlepsza drużyna w północnej grupie Wojewódzkiej Ligi Trampkarzy Starszych. Konsekwencją tego jest „zasada drugiej połowy”, podczas której „mięknie” każdy przeciwnik, nawet tak dobry rywal jak TOP Biała Podlaska. Chłopcy z Białej dla naszych mogą być przykładem sportowej waleczności i zdecydowania. Zwłaszcza nad tym trzeba będzie popracować.
   Ale szybko stracona bramka potwierdziła także to, że newralgicznym punktem jest gra obronna i koncentracja. Jeśli ten element zostanie poprawiony, wiosną powinno być emocjonująco, ciekawie i dobrze. Wtedy zacznie się poważniejsza gra z bardziej wymagającymi rywalami. Wszystkim wyjdzie to na dobre.

Andrzej Rekiel

Orlęta Radzyń – BKS Lublin 1:6 (1:2), Bramki dla BKS zdobyli: J. Zagórski – 3 (19, 33 i 42 min.), K. Gładosz – 1 (47 min.), P. Rekiel – 1 (55 min.), J. Olszewski – 1 (57 min.)

BKS Lublin: M. Żuber, K. Ludwicki, Ł. Jaśkiewicz, P. Baran, G. Trela, J. Olszewski, K. Gładosz, Ł. Wiech, S. Wrzesiński, P. Rekiel, J. Zagórski. Grali ponadto: B. Klimek, J. Wąsik, P. Karwat, P, Dolar, Sz. Szawara.




Orlęta Radzyń - BKS Lublin    1 - 6



15.10.2011 Mecz z Huraganem Międzyrzec

   Gdyby mecz BKS Lublin – Huragan Międzyrzec odbył się w niedzielę, opisując zdarzenia, jakie miały miejsce na boisku można by napisać: „ta ostatnia niedziela”. Tak jak w przypadku Włodawianki i meczu w Dęblinie jakikolwiek opis boiskowych wydarzeń pozbawiony jest sensu! Może tylko dziwić brak wyobraźni organizatorów ligowych rozgrywek, że swą bezmyślnością doprowadzili do czegoś, co było jasnym i oczywistym już przed startem. Takie mecze – dla obu drużyn - pozbawione są jakiegokolwiek sensu! A ponieważ od wiosny na boisku nigdy nie będzie już tak miło, lekko i przyjemnie – w Radzyniu i z Lewartem chyba także nie - komentarzem do tego, co na szczęście nieodwołalnie się kończy są słowa starej piosenki. Szkoda tylko, że sensowna i konieczna reforma rozgrywek nie ruszyła jesienią!

Andrzej Rekiel

BKS Lublin – Huragan Międzyrzec 14:0 (4:0)

Bramki dla BKS zdobyli: K. Gładosz – 5, G. Trela – 3, Ł.Wiech – 2, J. Olszewski – 2, P. Rekiel – 1, J. Zagórski – 1.

BKS Lublin: B. Klimek, K. Ludwicki, P. Baran, J. Wąsik, G. Trela, S. Wrzesiński, Ł. Wiech, K. Gładosz, J. Olszewski, P. Rekiel, J. Zagórski. Grali ponadto: P. Karwat, Ł. Jaśkiewicz, P. Dolar.




BKS Lublin - Huragan Międzyrzec    14 - 0




08.10.2011 Mecz z Czarnymi Dęblin

   Jakakolwiek sportowa relacja po meczu Czarni Dęblin – BKS Lublin (ostatniej i pierwszej drużyny w tabeli) w jeszcze większym stopniu niż po spotkaniu „Beksy” z Włodawianką pozbawiona jest jakiegokolwiek sensu i to nie z powodu lekceważenia czy braku szacunku dla pokonanego rywala. Jest wręcz przeciwnie choć wynik mówi sam za siebie! Można by tylko dodać, że w Dęblinie „biało czerwono niebiescy” zagrali „chodzonego”, że gdyby nie chwilami zbyt indywidualna gra byłaby dwucyfrówka z „2-ką” z przodu.
   Wyjazd do stolicy i kolebki polskiego lotnictwa pozostanie chyba w pamięci z innego powodu: otwierających się samoczynnie podczas jazdy hydraulicznie sterowanych drzwi busa. Można przypuszczać, że uległy awarii na „wertepach” za Nałęczowem – z powodu robót drogowych na trasie warszawskiej pojechaliśmy przez pod lubelskie uzdrowisko oraz Kurów - i delikatnie mówiąc trochę „rajdowej” jazdy kierowcy pojazdu. Pan Wrzesiński okazał się być nie tylko kierownikiem drużyny najlepszym z możliwych, ale i „pomysłowym Dobromirem”: do ich trzymania wykorzystał sznurek od worka z piłkami. Siłował się z nimi jak żeglarz z szotem żagla na jachcie! Wszystko inne pominę milczeniem!

Andrzej Rekiel

Czarni Dęblin – BKS Lublin 1:15 (0:8), bramki dla BKS zdobyli: J. Zagórski – 5, P. Rekiel – 3, K. Gładosz – 3, P. Baran – 2, Ł. Wiech – 1, S. Wrzesiński – 1

BKS Lublin : M. Żuber, P. Warowny, P. Baran, G. Trela, K. Ludwicki, J. Olszewski, Ł. Wiech, K. Gładosz, S. Wrzesiński, P. Rekiel, J. Zagórski. Grali ponadto: B. Klimek, P. Dolar, P. Karwat, J. Wąsik.




Czarni Dęblin - BKS Lublin    1 - 15





01.10.2011 Mecz z Orlętami Łuków

   Mecz piątej kolejki BKS Lublin – Orlęta Łuków jednocześnie był trzecią ligową potyczką obu drużyn. Dwie poprzednie skończyły się zwycięstwami „Beksy”. Rok temu w Lublinie rozbiła przyjezdnych 8:1. Rewanż w Łukowie rozgrywany przy huraganowym wietrze nie był już spacerkiem: zakończył się skromnym zwycięstwem gości 2:1. Po kilku pierwszych minutach meczu narzucało się pytanie, który z tych wariantów wydarzy się tym razem. 6 minuta – strzał Pawła Rekiela w poprzeczkę po rzucie rożnym wykonywanym przez „Zagóra” – poprzedził go rajd „Olszówki” - i po chwili uderzenie głową „Rekielka”, które znanym sobie sposobem zdołał sparować bramkarz wskazywały na pierwszą możliwość. Wiejący, dość silny wiatr przypominał, że może powtórzyć się trudny, trzymający do końca w napięciu mecz w Łukowie.
   Kolejne minuty wydawały się przyznawać rację naturze. BKS atakował, ale nic z tego nie wynikało. W 9 minucie zza pola karnego z rzutu wolnego „Kylo” przeniósł piłkę nad poprzeczką. Podobnie zakończyła się indywidualna akcja „Zagóra” i uderzenie piłki zza „16-ki”. Silni fizycznie, wybiegani goście widzieli, że nie taki diabeł straszny. Bronili się skutecznie – choć „Beksa” nie grała piłką i z „klepki” – oraz przeprowadzali śmiałe akcje ofensywne. W 25 minucie po rzucie wolnym wykonywanym z około 20 metrów piłka uderzona potężnie przez jednego z gości przeleciała nad poprzeczką.
   31 minuta mogła ustawić mecz. BKS nie grał najlepiej. Być może dawało o sobie znać zmęczenie 4 reprezentantów kadry województwa, którzy w czwartek na stadionie Lublinianki rozgrywali mecz o mistrzostwo Polski z województwem świętokrzyskim. Wydarzyła się wówczas sytuacja przypominająca ta, z jakiej w Łukowie „Orlęta” zdobyły gola. Prostopadłe podanie między dwóch „biało czerwono niebieskich” obrońców i Maks znalazł się sam przed ubranym na czerwono napastnikiem.
   Nie był to klasyczny pojedynek sam na sam. Miał swe trzy odsłony, choć trwał niecałą sekundę. Wszystko działo się na polu karnym, zaraz za „16-ką”. Pierwszy strzał obronił Maks, leżąc na ziemi dłonią sparował strzał drugiego napastnika gości, a dobitka trzeciego minęła lewy słupek naszej bramki.
   5 minut później przypomniała o sobie stara piłkarska prawda o niewykorzystanych sytuacjach. „Zagór” z pola karnego, pięknym, technicznym strzałem w „okienko” z 12-ego, 13-ego metra zdobył pierwszego gola. Jego współautorem był Sebastian Wrzesiński dośrodkowując idealnie do Kuby spod lewej linii bocznej boiska. Warto w filmowej relacji zobaczyć tą akcję, a zwłaszcza poprzedzające kilkudziesięciometrowy, idealny kross „odskoczenie” „Bulby” od obrońców do boku. Tylko dlatego Krzysiek Gładosz sprzed pola karnego mógł podać do „Seby”.
   Prawidłowością tego sezonu są drugie połowy zawsze należące do „Beksy”. Nie dlatego, że podczas sezonu przygotowawczego trener położył nacisk na wytrzymałość i siłę. Z tego co wiem, tak nie było. Dało o sobie znać dobre wyszkolenie techniczne i gra piłką „Bekaesiaków”. Że druga połowa będzie lepsza od pierwszej pokazała 45 minuta, kiedy po szybkiej akcji strzał „Ludwika” oddany zza „16-ki” o centymetry minął lewy słupek bramki gości.
   W 49 minucie zza pola karnego minimalnie niecelnie uderzył Sebastian Wrzesiński, kończąc zaczęty przed naszym polem karnym indywidualny, bardzo widowiskowy „przebój”. Trzy minuty później było już 2:0. Prawą stroną szarżował „Ludwik”, którego dośrodkowanie, płaskim strzałem z pola karnego na gola zamienił „Zagór”. Piłka wpadła do siatki tuż przy prawym słupku bramki gości.
   I znowu po raz drugi w tym meczu był to znaczący dla jego przebiegu moment. Goście po wznowieniu gry mieli sytuację sam na sam, ponownie lepszym był Maks. Wybitą przez niego piłkę przejął Grzesio Trela i lewym skrzydłem wypuścił „Zagóra”. Gdy środkiem boiska, lekko za nim biegł „Rekielek” pachniało bramką. W ciągu kilku sezonów tym sposobem BKS zdobył kilkadziesiąt goli, tak wiosną w Łukowie padł drugi dla gości. Tym razem stało się tak samo: Paweł dośrodkowaną przez Kubę piłkę z pola karnego umieścił pod poprzeczką. Zamiast 2:1 było 3:0.
   W 57 minucie, po raz drugi w tym meczu piłka, która była przed naszą bramką po kilku sekundach zatrzepotała w siatce gości. Wykonywali rzut wolny zza lewego narożnika naszego pola karnego. Dośrodkowaną piłkę „Budyń” głową podał do Sebastiana Wrzesińskiego, a „Bulba” zdecydował się na rajd. Z okolicy środka boiska zagrał do stojącego przed polem karnym gości „Zagóra” samemu zbiegając w lewo. Prawym skrzydłem biegł Paweł Rekiel. Prostopadłe podanie „Zagóra” do „Seby” stworzyło mu sytuację sam na sam z bramkarzem. Wykorzystał ją z kamiennym spokojem! „Profesorskie to było” – szybką akcję skomentował pan Marek Sikora. Nic dodać nic ująć!
   Wynik meczu w 70 minucie ustalił Paweł Rekiel po dośrodkowaniu „Zagóra” z prawej strony boiska. Wcześniej zagraniem „a la Włodzimierz Lubański” z meczu Polska – Anglia w roku 1973 popisał się Arek Szymanek. Przed polem karnym zaatakował obrońcę, który „bawił się piłką”. Konsekwencją tego był rzut rożny, po nim wybicie piłki na naszą prawą stronę i kolejne dośrodkowanie „Zagóra”. Każdy wie, że piłek nie wolno wybijać przed siebie, a tak zrobił naciskany przez Arka bramkarz. Paweł Rekiel uderzeniem z 7, 8 metrów wykończył dynamiczną akcję.
   W 74 minucie goście mogli zdobyć honorową bramkę, ale po rzucie rożnym Maks obronił strzał oddany z odległości kilku metrów. Można by go zapytać jak to zrobił!
   Mecz z Orlętami potwierdził regułę „drugich połów” Można tylko żałować – nie jest to wybrzydzanie – że szybkiej, technicznej, zespołowej piłki w pierwszej nie było zbyt wiele. Za dużo było indywidualnych akcji i popisów. Nie brakowało też głupich słów, za co od początku drugiej połowy na ławce rezerwowych trener posadził podstawowego przecież zawodnika: Krzyśka Gładosza. Maks w Białej już czegoś się nauczył, teraz trudną lekcję opanowania, pokory i spokoju trener zadał „Kylowi”. W przyszłości zobaczymy czy i jak ją odrobił!

Andrzej Rekiel

BKS Lublin – Orlęta Łuków 5:0 (1:0)

Bramki dla BKS zdobyli: J. Zagórski – 2 (35 i 49 minuta), P. Rekiel – 2 (52 i 70 minuta), S. Wrzesiński – 1 (57 minuta)

BKS Lublin: M. Żuber, K. Ludwicki, P. Warowny, G. Trela, P. Baran, J. Olszewski, S. Wrzesiński, Ł. Wiech, K. Gładosz, P. Rekiel, J. Zagórski. Grali ponadto: A. Szymanek, Ł. Jaśkiewicz, P. Karwat, P. Dolar.




BKS Lublin - Orlęta Łuków    5 - 0





25.09.2011 Mecz z UKS Płomyk Różanka

   W czwartym już ligowym sezonie rozgrywek, drużyny znają się jak przysłowiowe „łyse konie”. Z reguły nie ma w nich sensacji i żadnych niespodzianek, każdy wie who is who i kto jak gra! Wyjątkiem jest początek tego sezonu, kiedy po trzech kolejkach w tabeli przewodził UKS Płomyk Różanka. W niedzielę 25 września do lidera przyjechał zajmujący drugie miejsce BKS. W dwu pierwszych meczach pokonał teoretycznie najsilniejszych rywali do premiowanej „5-ki”: puławską Wisłę i TOP, w trzecim rozgromił Włodawiankę. Płomyk odniósł trzy, wysokie i przekonywujące zwycięstwa. Chyba dlatego „biało czerwono niebiescy” nie czuli się zbyt pewnie. Podczas podróży za Włodawę w busie panowała cisza. Ciepłego, słonecznego, wrześniowego dnia jechaliśmy w nieznane.
   Przywitała nas piękna sceneria trochę nierównego, ale dobrze przygotowanego boiska. Mieściło się na terenie dworskiego parku jednej z dawnych siedzib Zamojskich. Pozostały po niej zniszczone budynki, brama z czerwonej cegły. Za jedną z bramek płynął Bug w przesłoniętej drzewami dolinie. Mały stadion z ławkami dla widzów zewsząd otaczały drzewa. Zasiadło na nich około 100 osób, a kilku kibiców wcześniej z pewnością „co nieco” wypiło. Od czasu do czasu coś zaśpiewali, coś krzyknęli. W scenerii takiej i tak licznej publiczności nasi chłopcy jeszcze nie grali! Kolejne, ciekawe doświadczenie!
   Jedynie kilka pierwszych minut gra była wyrównana. Z każdą chwilą gospodarze grający w czerwono czarnych trykotach byli spychani do obrony. Druga połowa stała się obroną Częstochowy! W roli Kmicica wystąpił rewelacyjny bramkarz. Gdyby nie on, Płomyk przegrałby dużo wyżej. O kilku obronionych przez niego strzałach można by rzec: „nie do obrony”. Warto, by ktoś zainteresował się tym chłopcem. Oraz piłkarzem Różanki z „13-ką” na plecach!
   Dla gości pierwsze minuty meczu były lekcją „początkowego nauczania”. Trzeba było przyzwyczaić się do boiska. „Krok do piłki, bo skacze” – krzyknął trener Guściora. Po 10 minutach zaskoczyły tryby „Beksy”. Sebastian Wrzesiński, długim prostopadłym podaniem uruchomił „10-kę” z Lublina. Bramkarz pierwszy raz pokazał co potrafi wygrywając pojedynek sam na sam z Pawłem Rekielem. Przy akcji tej „Rekielek” też się czegoś nauczył. W drugiej połowie, w bardzo podobnej sytuacji, wytrzymał do końca i rzeczywiście z kamiennym spokojem, o którym w relacji na stronie klubu napisał pan Jaśkiewicz podwyższył na 2:0.
   Bramki dla gości mogły paść wcześniej. W 16 minucie zza pola karnego uderzył Kuba Zagórski, piłka minęła prawe spojenie. 4 minuty później od naszej „10-ki” szybszy był bramkarz: „Paweł! Spokojnie do boku, cała bramka w tym momencie jest pusta” – instruował trener. W 27 minucie rajdem lewą stroną defensywę gospodarzy zdemontował „Zagór” – lepiej było podać niż strzelać z ostrego kąta. Kilka razy uderzał z dystansu dysponujący celnym, soczystym uderzeniem „Kylo”.
   W pierwszej połowie BKS przeważał, ale grał zbyt koronkowo i wolno. Wyglądało to tak jakby wstydził się porwać do tańca stojącą pod ścianą tajemniczą dziewczynę. Bo Płomyk zamurował bramkę, bronił się całą drużyną czekając na okazję do kontry. „Panowie, zagrajmy coś!” – w 35 minucie głośnym krzykiem zachęcał prezes Żuber. Po chwili Paweł Rekiel zza pola karnego trafił w poprzeczkę, a dwie minuty przed końcem, silną, półgórną piłkę uderzoną zza „16-ki” przez Kubę Zagórskiego, znanym sobie sposobem zdołał sparować bramkarz. Do przerwy, po raz drugi w czwartym sezonie ligowych rozgrywek było 0:0.
   Drugą połowę goście zaczęli od mocnego uderzenia. W pierwszej akcji po wznowieniu gry Sebastian Wrzesiński z lewej strony dośrodkował na pole karne do Pawła Rekiela. Jego płaski strzał z pierwszej piłki – zmierzała tuż przy słupku w światło bramki - zdołał złapać bramkarz. W 42 minucie mogliśmy zobaczyć szkoleniowe wręcz dośrodkowanie „Zagóra”. Po rajdzie prawą stronę, sprzed linii końcowej boiska, Kuba „rzucił” taką parabolę, że wysoki, skoczny bramkarz nie mógł sięgnąć piłki. „Kylo” głową umieścił ją w siatce.
   W 47 minucie zszedł za linię boczną boiska, aby założyć pożyczony od rezerwowego bramkarza lewy but: w jego odpadła podeszwa. Płomyk egzekwował rzut rożny i Krzysiek zdążył wrócić na nasze pole karne. Max pewnie chwycił piłkę. W środku pola z długim wykopem nie poradził sobie czerwono – czarny. „Zagór” zgrał na lewo, do Pawła Rekiela, który tym razem zachował się jak bezwzględny, zimny, boiskowy killer i wykorzystał sytuację sam na sam.
   Goście wygrywali 2:0, gospodarze opadli z sił. Pod ich bramką kotłowało się coraz bardziej. W 58 minucie w prawe spojenie – po dynamicznym rajdzie - trafił „Olszew”. W 60 minucie zza lewego narożnika pola karnego bardzo mocno lecz minimalnie niecelnie uderzył „Rekielek”. 4 minuty później, strzał Kyla oddany z tego samego miejsca wybronił bramkarz. To samo miało miejsce w 70 minucie. Tym razem, po rzucie rożnym na 3:0 soczystym strzałem z pola karnego podwyższył Łukasz Wiech. Także czwarta bramka padła po rogu w 74 minucie: dośrodkowanie „Geliana” na gola uderzeniem głową zamienił Krzysiek Gładosz.
   Po czterech ligowych kolejkach w grze BKS dostrzec można pewną prawidłowość. Rywale „biało czerwono niebieskich”, w pierwszej połowie zaganiani i zmęczeni ich grą piłką, w drugiej opadają z sił. Tak było z TOP-em, w Różance i Puławach. Dobre wyszkolenie techniczne i taka gra zawsze, wcześniej lub później przynoszą efekty.
   Wielkie brawa dla chłopców i trenera Płomyka! Czymś godnym naśladowania i szacunku jest taki właśnie klub! Osobiście „Płomykowi” życzę miejsca w pierwszej piątce. A bramkarzowi i „13-ce” tego, by ktoś im się przyjrzał i ich zobaczył. Warto! Ci chłopcy mają tak zwane „papiery na grę”.

Andrzej Rekiel

Płomyk Różanka – BKS Lublin 0:4 (0:0), Bramki dla BKS: K.Gładosz – 2 (42 i 74 min.), P. Rekiel – 1 (48 min.), Ł. Wiech – 1 (70 min.).

BKS: M. Żuber, P. Warowny. P. Baran, Ł. Jaśkiewicz, K. Ludwicki, S. Wrzesiński, Ł. Wiech, K. Gładosz, P. Rekiel, J. Zagórski. Zagrali ponadto: G. Trela, A. Szymanek, J. Wąsik.




Płomyk Różanka - BKS Lublin    0 - 4




17.09.2011 Mecz z Włodawianką Włodawa

   Relacja z meczu, w której jedna z drużyn, po 4 minutach gry prowadzi już 4:0, a spotkanie kończy się rezultatem 13:0, nie ma najmniejszego sensu. Można tylko napisać, że BKS, po raz pierwszy, w trzecim meczu rundy jesiennej „zagrał swoje” i mógł wygrać znacznie wyżej. Piłka – jak po niewidzialnym sznurku - bardzo szybko chodziła między „biało – niebiesko – czerwonymi” kompletnie dezorientując grającą w czarnych trykotach Włodawiankę.    Mimo porażki chłopcy z Włodawy zasługują na sportowy szacunek! Miło i przyjemnie jest wygrywać, gromić rywali, dużo trudniej jest przegrać. Zwłaszcza w takiej sytuacji, grę w piłkę trzeba bardzo lubić.    W życiu spotyka się różnych ludzi. Takich, którym wszystko wychodzi „jak z płatka”, i takich, którzy borykają się idąc zawsze pod górę. Niektórzy przegrywają, upadają, dźwigają naprawdę ciężki krzyż. Zwłaszcza tacy zasługują na poważanie i szacunek! O tym powinni zawsze powinni pamiętać życiowi i sportowi zwycięzcy. Przegrani biorą udział w tym samym doświadczeniu i przygodzie! I nigdy, nad nikim, nie wolno się wywyższać! Tych, którzy mają o sobie zbyt wysokie mniemanie, wcześniej lub później dopada tak zwany los!

Andrzej Rekiel

BKS Lublin – Włodawianka Włodawa 13:0 (8:0)

Bramki dla BKS zdobyli: J. Zagórski –6 (1, 28, 32, 57, 74 i 75 minuta), K. Gładosz – 2 (2 i 21 min.), P. Rekiel – 2 (4 i 25 min.), P. Baran – 1 (3 min.), S. Wrzesiński – 1 (62 min.) J. Kędzierski – 1 (70 min.)

BKS Lublin: M. Żuber, K. Ludwicki, P. Baran, G. Trela, P. Warowny, S. Wrzesiński, Ł. Wiech, K. Gładosz, J. Olszewski, P. Rekiel, J. Zagórski.
Grali ponadto: B. Klimek, P. Dolar, P. Karwat, A. Szymanek, J. Kędzierski.




BKS Lublin - Włodawianka Włodawa    13 - 0





10.09.2011 Mecz z Wisłą Puławy

   Mecz z Wisłą w Puławach, dla każdej przyjezdnej drużyny, jest ciekawym doświadczeniem. Sztuczna murawa, na której „Wiślacy” podejmują gości - jeśli nie są do niej przyzwyczajeni - może sprawić im kłopot. Między innymi z tego też względu piątkowy trening naszych chłopców odbył się na sztucznej trawie przy Poturzyńskiej. Chyba na zawsze kojarzyć będzie się z jesiennymi i zimowymi treningami, kiedy płonęły jupitery, blokowisko na Czechowie otulała mgła, wiał porywisty wiatr i padał śnieg. Jest co wspominać i pamiętać...    Jadąc do Puław o wynik byliśmy raczej spokojni. W minionym sezonie dwa razy wysoko wygrał BKS. I tym razem, od pierwszych minut biało – czerwono – niebiescy zaatakowali grających w czerwonych strojach gospodarzy. Ale z przewagi tej wiele nie wynikało! „Beksa” grała jak z TOP-em: wolno, zbyt długo przetrzymując piłkę.    W 5 minucie pierwszą bramkę mógł zdobyć „Olszówka”, ale jego strzał oddany z pola karnego po dośrodkowaniu „Rekielka” zdołał zablokować obrońca. W 11-tej miała miejsce pierwsza, składna i szybka akcja BKS-u. Kuba Zagórski przejął piłkę przed naszym polem karnym, zdecydował się na rajd kończąc go podaniem na lewe skrzydło, do Sebastiana Wrzesińskiego. Piłkę dośrodkowaną przez „Sebę”, strzałem oddanym z linii pola karnego, tuż przy prawym słupku bramki gospodarzy umieścił Paweł Rekiel. Sędzia gola nie uznał widząc uniesioną chorągiewkę bocznego. Po obejrzeniu powtórki można mieć wątpliwości: spalonego nie było. Ale co się odwlecze, to nie uciecze! Ponieważ Wisła praktycznie nie zagrażała bramce Maksa, jedynym pytaniem było: kiedy padnie bramka dla BKS?    Mogło to nastąpić już w 27 minucie: „Kylo” uderzając z „16-ki” trafił w poprzeczkę. Przychodziło na myśl powiedzenie: do trzech razy sztuka. Mądrość ludową potwierdziła 32 minuta. Wtedy, z naszej połowy, z prawej strony boiska piłkę z autu wrzucał „Ludwik”. Że to ważny, wymagający myślenia element piłkarskiej gry, w meczu tym pokazały dwa gole „Beksy”: pierwszy i trzeci padł po wyrzutach z autu.    „Ludwik” z kilku możliwości wybrał najbardziej agresywne rozwiązanie: rzucił piłkę wzdłuż linii do Pawła Rekiel, który zdecydował się na rajd. Jego dośrodkowanie, strzałem z pierwszej piłki oddanym z okolicy „11-ki” na gola zamienił Sebastian Wrzesiński. Na nagraniu, gdy „Seba” wbiegał w pole karne słychać wyraźnie jego krzyk: „Paweł!” Maks wcześniej zachęcał: „krzyczymy do siebie, krzyczymy!”    Tylko dwie minuty cieszyła się „Beksa”. Wisła wykonywała rzut rożny sprokurowany złym przyjęciem piłki w środku pola przez jednego z gości. Tym razem Maks minął się z piłką i choć „Kylo” wybił piłkę z linii bramkowej, „dobitka” dała gospodarzom wyrównanie.    W drugiej połowie na boisku – nie grając nic nadzwyczajnego – istnieli tylko goście. W 47 minucie, po rajdzie lewą stroną, z ostrego kąta uderzał „Zagór”: piłkę zdołał sparować bramkarz. 4 minuty później – w bardzo podobnych okolicznościach, w jakich Wisła wyrównała, padł gol dla BKS-u. Obrońca powstrzymał rajd „Olszówki” prawym skrzydłem wybijając piłkę na róg. Po dośrodkowaniu „Zagóra”, „główkował” „Wiesiek”. Do wybitej z bramki, półgórnej piłki najszybciej doskoczył Paweł Rekiel i z 5, 6 metrów skierował ją do siatki. BKS prowadził 2:1 i rozkręcał się. Do 71 minuty, kiedy zdobył trzeciego gola miał jeszcze kilka bramkowych sytuacji. Dwa razy podwyższyć mógł „Rekielek”: w 55 minucie jego płaski strzał z „16-ki” o centymetry minął bramkę, a w 61 – po rajdzie prawą stroną, w polu karnym, z jego prawej strony piłkę „wyłożył” mu „Ludwik”. Tym razem bramkarz wybił ją na rzut rożny. W 68 minucie na przebój przez połowę boiska zdecydował się Paweł Baran, ale i jego strzał zdołał obronić.    W 71 minucie, po wrzuceniu piłki z autu przez „Rekielka”, „Zagór” – po serii zwodów – zdobył trzecią bramkę uderzeniem z „16-ki”. W 75 minucie jego „główka” minimalnie minęła bramkę. Tak samo szczęście sprzyjało czerwonym po uderzeniu głową Arka Szymanka w 74 minucie – piłka o centymetry minęła prawy słupek bramki.    Swemu szczęściu „Wiślacy” pomagali jak mogli. Jednym ze sposobów było trwające cały mecz „polowanie na Zagóra”. Piłkarskie umiejętności Kuby – zwłaszcza szybkość i drybling – z pewnością znane są w całej lidze, a jednym ze sposobów jego powstrzymania są bardziej lub mniej brutalne faule. W 76 minucie kolejny faul z tyłu – na takie zagrania sędzia winien reagować wcześniej – zakończył się sukcesem: Kuba został zniesiony z boiska. I tym razem faulujący go zawodnik nie został ukarany nawet symboliczną minutą. Za takie zagrania zazwyczaj ogląda się czerwoną kartkę!    Mecz – mimo nie najlepszej, bo nie tak szybkiej gry „Beksy” – był jednostronnym widowiskiem, ciekawym ze szkoleniowego punktu widzenia. Bramki padły po rzutach rożnych – 2 gole i po wyrzutach z autu – także dwa. Gdy wiosną przyjdzie grać w tak zwanej I lidze, przy bardziej wyrównanym poziomie drużyn, o sukcesie lub porażce – jak w poważnej piłce – będą decydować pozornie mało znaczące detale. Piłka nożna to subtelna dyscyplina dla inteligentnych, a nie dla brutali!

Andrzej Rekiel

Wisła Puławy – BKS Lublin 1:3 (1:1), Bramki dla BKS: S. Wrzesiński (32 minuta), P. Rekiel (51 min.), J. Zagórski (71 min.)

BKS Lublin: M. Żuber, P. Warowny, P. Baran, Ł. Jaśkiewicz, K. Ludwicki, S. Wrzesiński, Ł. Wiech, K. Gładosz, J. Olszewski, P. Rekiel, J. Zagórski. Grali ponadto: G. Trela, A. Szymanek, P. Dolar, P. Karwat, J. Kędzierski.




Wisła Puławy - BKS Lublin    1 - 3





04.09.2011 Mecz z TOPem

   Początek czwartego już sezonu rozgrywek ligowych naszych chłopców, w ich przygodzie z piłką – tak jak w życiu – zapowiada zarazem jakiś koniec. Od przyszłego roku przyjdzie im grać w kategorii juniorów młodszych, gdzie kolegami na boisku i zarazem rywalami będą chłopcy o rok starsi. W sportowej przygodzie czeka ich prawdziwa rewolucja!    Zwiastunem tego są nowe zasady rozgrywek Wojewódzkiej Ligi Trampkarzy Starszych. Po rundzie jesiennej, z drużyn, które w obu grupach zajmą miejsca 1-5 zostanie utworzona I liga; z zespołów 6-10 – druga. Po doświadczeniu minionego sezonu awans „Beksy” do wyższej klasy jest formalnością. W północnej grupie liczyły się tylko dwa zespoły: BKS Lublin i TOP Biała Podlaska. W bezpośrednich meczach drużyn wygrywali gospodarze. Ale jak w sierpniu ubiegłego roku TOP zasłużenie przegrał w Lublinie 2:0, tak w marcu przegrana BKS-u w Białej 3:4 była porażką na własne życzenie.    Sezon 2011/2012 zaczął się jak rok temu. Do Lublina przyjechał TOP. Na boisku przy Politechnice gościł trzy tygodnie wcześniej przegrywając sparing 1:3. Był to tak zwany najniższy wymiar kary. Spotkania kontrolne po obozie w Barcicach dawały podstawę do optymizmu. BKS grał jak wiosną: szybko, płynnie, skutecznie. Wystarczy wspomnieć pogrom solidnej Avii Świdnik.    Pierwsze minuty z grającym w żółto - czarnych strojach TOP-em pokazały jednak, że w perfekcyjnie funkcjonującym mechanizmie „biało czerwonej” szachownicy coś się zacięło. Pojawiło się to, co późną jesienią ubiegłego roku: „wożenie” i „holowanie” piłki. Widząc, co się dzieje krzyczał Maks: „ruch jest!”. Ruchu i gry bez piłki jednak nie było! Wprawdzie w drugiej minucie, po prostopadłym podaniu w polu karnym szarżował Paweł Rekiel, ale przegrał pojedynek osaczony przez trzech obrońców.    TOP grał swoje: prostą, agresywną piłkę. Atakował prawym skrzydłem. To starczyło, aby formacja obronna BKS-u zaczęła trzeszczeć. Na szczęście do końca meczu bezbłędnie zagrał Maksio kilka razy broniąc to, czego obronić się nie dało! Sprzyjało mu też szczęście: w drugiej minucie, piłka uderzona zza linii pola karnego trafiła w poprzeczkę. Kapitan drużyny krzyknął: „co jest”? Kibice zadawali sobie to samo pytanie trzymając kciuki za filigranowego prawego obrońcę. „Roni” miał kłopoty z piekielnie szybką, silną fizycznie „20-ką”.   W 7 minucie padła pierwsza bramka. Po wspomnianej szarży „Rekielka” i jego obronionym przez bramkarza gości strzale z ostrego kąta minutę później, była to trzecia akcja ofensywna „Beksy”. BKS egzekwował rzut wolny ze środka boiska. Długie podanie na lewe skrzydło, rajd „Zagóra” i jego dośrodkowanie do „Kyla” przyniosło pierwszą bramkę. Krzysiek „zgasił” piłkę na „klacie”, „wjechał” w pole bramkowe i z najbliższej odległości zdobył pierwszego gola. Prowadzenie nie poprawiło humoru trenerowi Guściorze: „na razie to jest na stojąco!” – krzyknął. „Walka, walka!” – dodawał Maks. W 9 minucie obronił bardzo mocny, celny, płaski strzał oddany z lewego narożnika naszego pola karnego. Odpowiedzią był strzał Sebastiana Wrzesińskiego zza linii pola karnego: piłka broniona przez bramkarza uderzyła w poprzeczkę. „Szybciej piłką, na razie wozimy!” – do zmiany stylu gry zachęcał trener.    W 16 minucie TOP pierwszy raz zaatakował lewą stroną. Piłki dośrodkowanej z wysokości „16-ki” nie przeciął żaden ze stoperów, na środku pola karnego przejął ją „żółto – czarny” i było 1:1. Przypomniało się kilka meczów, kiedy defensywa BKS zachowywała się jak misie w zimowym śnie… 4 minuty później w polu karnym sfaulowany został Kuba Zagórski, a „Kylo” pewnym strzałem „11-kę” zamienił na gola.    Goście nie spasowali. W 34 minucie, grając w osłabieniu – jeden z nich na 5 minut został usunięty - zdobyli wyrównanie. I tym razem skuteczną akcję przeprowadzili lewą stroną. Nagrany film pokazuje, że był jednak spalony…     Drugą połowę TOP zaczął od mocnego uderzenia. W 41 minucie Maks wygrał pojedynek sam na sam. 4 minuty później, szybka wymiana piłek przed polem karnym gości Wrzesiński – Rekiel – Gładosz przyniosła trzecią bramkę. W 50 minucie dośrodkowanie Pawła Rekiela na czwartego gola po raz czwarty w meczu zamienił Krzysiek Gładosz. BKS na dobre przejął inicjatywę. Wprawdzie w 55 minucie – po serii niezdecydowanych interwencji defensywy - TOP zdobył kontaktową bramkę (piękny wolej z pierwszej piłki), ale było to wszystko na co „żółto – czarnym” pozwolili niebiesko – biało – czerwoni. Do końca kontrolowali grę marnując jeszcze dwie „setki” (Zagórski, Szymanek). Sędzia nie uznał bramek zdobytych przez Arka i Sebastiana – dwa razy odgwizdał spalonego.    Mecz wygrała drużyna mimo wszystko piłkarsko wszechstronniejsza. TOP górował ambicją i agresją. BKS tego dnia miał świetnego bramkarza – „ojca chrzestnego” inauguracyjnego zwycięstwa. Te dwie drużyny – już teraz można tak powiedzieć – z pewnością zajmą dwa z 5 miejsc premiowanych awansem do wyższej klasy wiosennych rozgrywek. Tam zacznie się poważniejsza gra…


Andrzej Rekiel


BKS Lublin – TOP 54 Biała Podlaska 4:3 (2:2)
Bramki dla BKS: K. Gładosz – 4 (7, 20, 45 i 50 minuta)

BKS: M. Żuber, P. Warowny, Ł. Jaśkiewicz, P. Baran, K. Ludwicki, S. Wrzesiński, K. Gładosz, Ł. Wiech, J. Olszewski, P. Rekiel, J. Zagórski. Grali ponadto: G. Trela, P. Karwat, J. Kędzierski, A. Szymanek.




BKS Lublin - TOP Biała Podlaska    4 - 3



S E Z O N 2010/2011



04.06.2011 Mecz z Lewartem

   Jeśli ktoś – nawet na poziomie rozgrywek trampkarzy – docenia możliwość bieżącej analizy ligowej tabeli, historii rozgrywek, szeroko rozumianej statystyki, dobrze jest znaleźć się w jednej grupie z Lewartem Lubartów. Pod tym względem strona internetowa www.lewart1997.futbolowo.pl była i jest bardzo dobrym źródłem informacji. Za jej prowadzenie, rzetelność i solidność komuś należą się brawa.
   Stwierdzenie „nawet na poziomie trampkarzy” bynajmniej nie oznacza lekceważenia tej klasy rozgrywek. Gra w nich toczy się o to samo i tak samo jak w najsilniejszych, najbardziej medialnych, aberacyjnie skomercjalizowanych ligach. Rozgrywki dzieci – oprócz towarzyszącej im powagi: ucząc się piłkarskiego rzemiosła, naprawdę walczy się w nich o zwycięstwo – zachowały (jeśli nie, powinny zachować) specyficznie dziecięcy wymiar „na niby”. Jak pisał w swych bardzo przystępnych i mądrych książkach – są one doskonałą odtrutką na nieustannie serwowane odurzająco–narkotyczne środki nieludzkiego, totalnego i totalitarnego systemu, cynicznie i szyderczo zwanego dziś wolnym rynkiem i demokracją - zmarły przed 40 laty, słynny polski myśliciel i psychiatra, profesor Antoni Kępiński, równowaga pomiędzy charakterystycznym dla świata dorosłych „poważnie” i dziecięcym „na niby” jest jednym z warunków zachowania zdrowia psychiczno - duchowego indywiduów i zbiorowości. Dla dziecka zwykły kij może być mieczem, berłem, karabinem, czarodziejską różdżką. Dziecięcy, szeroki horyzont spojrzenia chroni przed praktycznym totalitaryzmem, w którym coś złożonego i skomplikowanego jest sprowadzone do czegoś jednego: jednej idei, rasy, wydajności, zysku. W dziecięcym świecie, w którym wszystko może być wszystkim, nigdy nie zakiełkuje i nie wyrośnie żadna nieludzka ideologia, nie zapuści korzeni złowroga, niszcząca ludzkie istnienie nuda. Poziom „na niby” wyjątkowo silnie spaja ze sobą dzieci, babcie i dziadków, których złudzenia oraz iluzje wypaliły się w tak zwanym życiu i pozostało w nim tylko to, co najważniejsze. Dla wielu z nich świat na nowo okazał się być ciekawą, zajmującą, pozbawioną końca baśnią. Na tym też polega chyba Ewaneliczne wezwanie, by stawać się dziećmi... Nie, aby być bezradnym i naiwnym, ale by umieć widzieć i rozumieć otaczający nas świat.
   Trampkarzom młodszym BKS-u od początku przygody z ligową piłką towarzyszą nieprzerwanie trzy drużyny: Wisła Puławy, Górnik Łęczna (GKS Bogdanka) i Lewart. To właśnie w Lubartowie, we wrześniu 2008, trenowani przez Artura Aleksandrowicza, rozegrali swój pierwszy ligowy mecz zwyciężając 6:0. W kolejnych już tak łatwo nie było. Z Lewartem nigdy nie grało się lekko. U siebie „Beksa” wygrała trzy razy (dwa razy po 3:1 i raz 1:0). Przed rokiem, na wyjeździe BKS wygrał 1:0.
   Mecz rozgrywany w sobotnie, upalne i duszne południe miał być szóstym, trzecim granym w Lubartowie. Czy ktoś pamięta jeszcze mróz i ziąb pierwszego, rewanżowego meczu w Białej? Prawdziwość i życiowość piłki polega także na jej ścisłym i bliskim związku z otoczeniem i światem!
   Każdy wyjazd na mecz do tego malowniczego miasteczka związany jest – i będzie tak aż do rozgrywek juniorów – z pytaniem: czy przyjdzie grać na murawie stadionu, czy trawie i piasku klepisko–pastwiska, na którym należałoby zabronić jakichkolwiek treningów. Dziwi, że klub i miasto jeszcze nie wykorzystały terenu, okolicznych łąk na stworzenie – jak chociażby w Krasnymstawie – kompleksu boisk piłkarskich.
   Tym razem BKS miał zagrać na tym właśnie klepisku. Że dla drużyny grającą techniczną, kombinacyjną piłkę, nawierzchnia taka może sprawiać kłopoty, było oczywistym i potwierdziła to rozgrzewka: „chłopaki, nic nie leci!” – pokrzykiwał trener Guściora widząc jak piłka rzadko wpada do siatki.
   Początek rozwiał obawy. Już w 3 minucie uderzeniem z ponad 30 metrów gola zdobył Kuba Zagórski. Wydawało się, że tym razem konfrontacja z Lewartem nie będzie tak nerwowa jak zwykle i wszystko pójdzie jak z płatka. Tak jednak nie było, nad ludzkim losem unosi się coś takiego jak historia, a zmiany wprawdzie zachodzą, lecz w tym aspekcie wszystko dzieje się wolno. W 7 minucie miała miejsce groźna kontra Lewartu. Niebezpieczeństwo zażegnał wprawdzie Łukasz Jaśkiewicz, ale po jego interwencji gospodarze egzekwowali rzut rożny. Maks popełnił błąd wypuszczając piłkę: kopnięta przez „niebieskiego” zatrzepotała w siatce. „Seledynowi” najwyraźniej byli zaskoczeni, że tak szybko zrobiło się 1:1. „Chłopaki, ale tam facet z piłką to był atakowany na pół gwizdka. Trzech ludzi i żaden nie przeszkodził! Maks! Moje to moje!” – krzyknął trener Guściora. oceniając sytuację sprzed interwencji „Budynia” i później Maksa.
   Najwyraźniej sprzyjało mu szczęście. W 12 minucie, piłka po rzucie wolnym otarła się o lewe okienko jego bramki. Mogło być 2:1 dla gospodarzy, którzy jeszcze w 20 minucie przeprowadzili bardzo groźną kontrę. Maks wygrał pojedynek sam na sam. W 24-tej, także po rzucie wolnym, piłka przeleciała nad naszą poprzeczką. „Co to za gra? Ludzie! Budzimy, budzimy się w końcu! – krzyczał nasz bramkarz.
   Choć optycznie w pierwszej połowie BKS przeważał, poza golem nie stworzył żadnej groźnej akcji. „Seledynowi” zmagali się z upałem, przeciwnikiem i przede wszystkim boiskiem. Gdy zaczęła się druga połowa, widać było, że do anormalnych warunków gry już się przyzwyczaili i – na miarę możliwości, jakie były – zaczęli „grać swoje”. W 36 minucie z prawej strony uderzył Kuba Zagórski, piłkę odbitą od „długiego” słupka do siatki skierował Sebastian Wrzesiński. Wcześniej, przed prawym narożnikiem pola karnego „niebieskich” doszło do kilku pojedynków „główkowych”. „Powalczyć o piłkę trzeba, jak nie skoczymy to stracone na 100%”! – do walki w powietrzu „Olszówkę”, Wiecha i Rekiela zachęcał trener Guściora.
   Lewart stracił drugiego gola, najwyraźniej tracił siły. Trener gospodarzy rozpoczął dokonywanie zmian, gości jeszcze czekał. W 38 minucie, przy lewej, bocznej linii boiska, na wysokości środka połowy Lewartu, sfaulowany został Paweł Rekiel. Po jego upadku w nagrzane, gorące powietrze wzniósł się tuman piachu i kurzu. Wykonawcą rzutu wolnego był Grzesio Trela. Piłkę uderzoną na „krótki słupek” Kuba Zagórski odegrał wzdłuż bramki, jej lot i do góry przedłużył „Kylo”, najwyżej wyskoczył Paweł Rekiel i głową umieścił ją w siatce. Było już oczywistym, kto wygra mecz. Tym bardziej, że w ekstremalnych warunkach boiska zaczęły zazębiać się zespołowe akcje BKS-u. Jedna z takich przyniosła efekt w postaci czwartej bramki. Poprzedziła ją pierwsza zmiana w „seledynkach”.
   W 48 minucie z boiska zszedł Paweł Warowny, wszedł „Raul”. Minutę później Kuba zaliczył asystę. Wcześniej, na naszej połowie, przy lewej linii bocznej boiska z niebieskimi w „dziadka” zagrali „Kylo”, „Budyń” i „Gelian”. Piłka – przez środek boiska, przez Łukasza Wiecha - została przeniesiona na prawą stronę, do „Olszy”. Kuba uruchomił „Raula”, który prostopadłym podaniem „wypuścił” prawym skrzydłem Pawła Rekiela: jego strzału z ostrego kąta, w długi słupek, nie wyłapał bramkarz. „Bardzo dobra akcja chłopaki!” – tak grę podopiecznych ocenił trener Guściora.
   Kolejne trzy gole zdobył Krzysiek Gładosz. W 51 minucie obrońcy Lewartu wybili piłkę na rzut rożny po akcji Zagórski – Kędzierski. Sebastian Wrzesiński „na krótko” zagrał do Łukasza Wiecha. Dośrodkowaną przez niego piłkę uderzeniem głową do bramki skierował „Kylo”. W 62 minucie Krzysiek po raz drugi wykorzystał dośrodkowanie kolegi z boiska i klasy piłkarskiej. Tym razem – po zgraniu piłki przez Arka Szymanka - wykorzystał prostopadłe dośrodkowanie Łukasza Wiecha ze środka boiska. Uderzył z około 20 metrów celnie, mocno, pod poprzeczkę. W 66-tej minucie kolejny już raz w sezonie – pierwszy raz, w tym zakresie zaprezentował swe umiejętności jesienią, podczas meczu w Puławach z Wisłą - pokazał jak należy wykonywać rzuty wolne. Gdy przed polem karnym został sfaulowany Przemek Dolar, można było postawić pytanie: wpadnie czy nie? Piłka wpadła do siatki po raz siódmy. Tym razem było to prawe okienko bramki Lewartu.
   Jak w każdym meczu, wynik mógł być inny. W 56 minucie, niebezpieczeństwo utraty gola udaną interwencją zażegnał Bartek. W 59 minucie filmowy przebój i rajd przez pół boiska zademonstrował Kuba Wąsik. Szkoda, że jego strzał oddany z linii pola karnego nie został zamieniony na bramkę. Było by co oglądać, choć i tak jest co! Również Sebastian Gierlasiński w 67 minucie nie wykorzystał „setki”.
   Tym sposobem – Sygnał Lublin wycofał się z rozgrywek - kolejny już, trzeci sezon ligowy został zakończony. Wprawdzie została jeszcze jedna kolejka, ale trudno przypuszczać, by TOP we Włodawie stracił punkty. Tak więc BKS w północnej grupie Wojewódzkiej Ligi Trampkarzy Młodszych zajął drugie miejsce. Do jej wygrania było bardzo blisko. Nie brakowało umiejętności, zabrakło przede wszystkim koncentracji, opanowania, może trochę tak zwanego łutu szczęścia. Być może – jeśli kolejny raz zagracie w grupie północnej - okazja do rewanżu z TOP-em nadarzy się wkrótce. Szkoda, że tylko te dwie drużyny – pod względem sportowym - były godnymi siebie rywalami. Inni odstawali. Zbyt wyraźnie. Jeśli przyjdzie grać w grupie południowej – czego wykluczyć nie można – trzeba będzie, na nieznanych jeszcze stadionach i boiskach nadal „grać swoje”. Z sezonu na sezon robicie to coraz lepiej, ostatnio bardzo dobrze.

Andrzej Rekiel

Lewart Lubartów – BKS Lublin 1:7 (1:1

Bramki dla BKS zdobyli: K. Gładosz – 3 (51, 62 i 66 min.), P. Rekiel – 2 (38 i 49 min.), J. Zagórski – 1 (3 min.), S. Wrzesiński – 1 (36 min.)

BKS Lublin: M. Żuber, P. Warowny, Ł. Jaśkiewicz, P. Baran, G. Trela, S. Wrzesiński, Ł. Wiech, K. Gładosz, J. Olszewski, P. Rekiel, J. Zagórski. Zagrali ponadto: B. Klimek, J. Kędzierski, S. Gierlasiński, J. Wąsik, P. Dolar, A. Szymanek, P. Karwat.




Lewart Lubartów - BKS Lublin    1 - 7


                                          [Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                                                  




28.05.2011 Mecz z Widokiem

   Chociaż lubelska piłka nożna - nawet w odniesieniu do tak marnej skali, jaką jest polska „kopana” – zeszła na przysłowiowe psy, nie zawsze tak na Lubelszczyźnie bywało. W latach 80-tych w ekstraklasie grał „Motor”. Sukcesów wielkich wprawdzie nie odniósł, ale w pierwszych kolejkach pierwszego, pierwszoligowego sezonu, był rewelacją rozgrywek, a nawet jakiś czas prowadził.
   Piłkarze z malowniczego, ciekawego historycznie, pięknego miasta - tak położoną Starówką, na wysokim wzgórzu i skarpie, u podnóża której kiedyś rozciągało się potężne jezioro, Królewski Staw, nie może pochwalić się żadne z polskich miast - dużo lepsze rezultaty osiągali w młodzieżowej piłce. W 1939 roku, w Warszawie, w finale mistrzostw Polski juniorów, ówczesna Unia Lublin pokonała krakowską Wisłę 3:2 zostając mistrzem kraju. Później też były sukcesy. W 1969 roku, w finale mistrzostw Polski juniorów, w Lublinie, po dodatkowym meczu – i Legia, i Lublinianka miały taki sam bilans bramek i punktów – stołeczni piłkarze po dogrywce zwyciężyli 2:1. Rok później, w tych samych rozgrywkach trzecie miejsce zajął Motor Lublin, aby w 1971 wywalczyć mistrzostwo Polski. W 1972 druga była Stal Kraśnik.
   Od tamtych lat zmieniło się wiele. Lublinianka praktycznie nie istnieje, kłopoty przeżywa Motor, sypie się Sygnał. Bez zbytniej przesady można by rzec, iż od momentu swego powstania dominatorem w piłce młodzieżowej Lublina i Lubelszczyzny stał się UKS Widok. Piłkarze z Bursztynowej, niezależnie od kategorii wiekowej, zawsze liczyli się w ligowych rozgrywkach, a lista sportowych osiągnięć, jak na krótką historię klubu – we wrześniu „stuknie” mu 10 lat - jest doprawdy imponująca.
   Sobotni mecz był czwartym, ligowym spotkaniem rocznika 1997 Widoku i „Beksy”. Pierwszy raz, na poważniej, chłopcy zagrali ze sobą w Lidze Młodzików Młodszych w sezonie 2008/09. Wtedy lepszym był Widok remisując u siebie 0:0 i wygrywając na wyjeździe 2:1. Jesienią ubiegłego roku, gdy w Wojewódzkiej Lidze Trampkarzy Młodszych BKS szedł jak burza, jak po grudzie szło Widokowi, wydawało się, że jedynym pytaniem, jakie można postawić, są rozmiary wygranej „Beksy”. Jednak jesienny mecz w Dąbrowicy zakończył się remisem, a dwa pozostawione tam punkty były jedynymi, jakie w rundzie tej stracił BKS. Wiosną, od meczu z puławską Wisłą gra jeszcze lepiej niż jesienią, nie zwyciężając, ale gromiąc rywali, prezentując ofensywną, ładną i mądrą grę. Widok potrafił wygrać u siebie z TOP-em, ale i przegrać sromotnie z Orlętami w Łukowie. Nie wiadomo więc było, jaka drużyna wybiegnie na boisko przy Politechnice.
   Jeżeli chodzi o barwy, było tak samo jak w Dąbrowicy: Widok zagrał na „biało”, „Beksa” wdziała na siebie seledynki. Ale gra wyglądała zupełnie inaczej! Od pierwszych minut przeważali gospodarze grając swobodnie, choć wyraźnie skoncentrowani na luzie i lekko. Bardzo pewnie prezentowała się obrona. Widok w ogóle nie zbliżał się do pola karnego rywala. „Łukasz, jak twierdza, nie do przejścia” – słowa naszego fotoreportera, komentującego boiskowe poczynania „Budynia” opisują grę całego bloku obronnego. Chyba na dłużej, miejsce prawego obrońcy zajął w nim Paweł Warowny. Defensywa, daleko od świątyni „Maksa”, kasowała ofensywne poczynania rywali, konstruując zaczepne akcje, mając udział w zdobywanych bramkach.
   Pierwszą, bardzo groźną „seledynowi” przeprowadzili w 8 minucie. Zaczęli ją od rzutu z autu, na wysokości naszej „piątki” z prawej strony boiska. Paweł Baran – nie ostatni raz – popisał się długim, prostopadłym podaniem na środek do „Zagóra”. Kuba rozciągnął pole gry w lewo grając do Sebastiana Wrzesińskiego. „Seba” odegrał przed pole karne gości, do Pawła Rekiela, który zmienił stronę podając na prawo do wchodzącego w pole karne „Olszy” – gdyby Kuba strzelił po ziemi, zapewne byłoby 1:0. Górną piłkę, zmierzającą pod poprzeczkę rosły bramkarz zdołał wybić na rzut rożny. W akcji tej zwracała uwagę szybkość, swoboda, płynność oraz – co było szczególnie widoczne przy wszystkich ofensywnych poczynaniach BKS-u, a zwłaszcza przy drugim golu - zmiana stron gry. Jedna z mam rocznika 96’ KS Lublin, która widziała mecz, przyznała później, z czym trudno się nie zgodzić, że lekkość i swoboda, brak przypadkowości, były tym, co rzucało się w oczy. Jak opowiedziała, obejrzała go z przyjemnością i do końca.
   Dramat „Widoku” zaczął się minutę później od kopnięcia w głowę Pawła Rekiela przez jednego z „białych”. Groźnie wyglądające zdarzenie miało miejsce tuż przy linii bocznej boiska, z naszej prawej strony, w połowie połowy Widoku. Niepotrzebnie o karę wykluczenia dopominał się Paweł Baran. Starcie było o piłkę, przypadkowe. Mogło skończyć się wykluczeniem próbującego dyskutować z sędzią naszego stopera. Chyba najwyższy już czas – zwłaszcza po Białej – podjąć i konsekwentnie realizować decyzję, że z arbitrem – nawet gdyby się mylił, był stronniczym i stronniczością prowokował – nigdy się nie dyskutuje! Zapamiętajcie to na przyszłość! A do sędziów meczu BKS – Widok trudno mieć o cokolwiek pretensje. Prowadzili mecz bardzo dobrze.
   Rzut wolny egzekwowany przez Łukasza Wiecha przyniósł gola. Piłkę, rzuconą w pole karne przejął Sebastian Wrzesiński, który w gąszczu nóg znalazł wolne miejsce i na małej powierzchni podał prostopadle do „Kyla”. Krzysiek znalazł się sam około 7 metrów przed bramkarzem i mierzonym strzałem w lewy róg jego bramki zdobył pierwszą bramkę.
   Druga, szkoleniowa i filmowa padła w 13 minucie. Warto – jak wszystkie – dokładnie obejrzeć ją w internecie. Maks rozpoczął grę wrzutem na prawo, do „Roniego”. Następnie piłka – przed polem karnym – przez stoperów została przegrana na lewą stronę. „Zagór” – nie mogąc przedrzeć się przez „białych” - zrezygnował z bezsensownego przebijania się i zmienił kierunek gry podążając w stronę naszej bramki. Piłka – kolejny już raz, przez stoperów i bramkarza - wróciła na naszą prawą stronę, skąd Paweł Baran kilkudziesięciometrowym, prostopadłym podaniem wzdłuż prawej flanki boiska uruchomił Pawła Rekiela. Paweł wyprzedził i ograł pilnujących go dwóch obrońców, a jego dośrodkowanie sprzed linii końcowej na gola zamienił Kuba Zagórski. Było 2:0, rozmach gry, jej swoboda i lekkość – które pojawiły się podczas meczu z puławką Wisłą – wykluczały możliwość jesiennej powtórki.
   W 16-tej minucie mogła paść trzecia bramka. Akcję Widoku po aucie z naszej lewej strony przerwał „Gelian”. Z jego skuteczną, pewną interwencją, współbrzmiał zgrany w czasie krzyk obserwującego grę Maksa: „Kasuj Grzesiek!” Trela podał do królującego w środku pola Gładosza – po jego długim, prostopadłym podaniu Paweł Rekiel zostawiając za sobą obrońców znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem. Golkiper Widoku wygrał pojedynek.
   W 18 minucie „Olszówka” zdobył trzecią, filmową bramkę. Na miano takie zasługuje cała akcja oraz przepiękny, techniczny strzał filigranowego, dynamicznego pomocnika. Prowadzoną lewym skrzydłem akcję Widoku, w połowie boiska przerwał równie filigranowy i dobry technicznie Sebastian Wrzesiński. Zagrał do środka, do „Łukiego”. Łukasz Wiech „rozciągnął” pole gry jeszcze bardziej w prawo, do Kuby Olszewskiego, który z kolei przeniósł grę z powrotem na lewą stronę, do Krzyśka Gładosza. „Kylo” z okolicy lewego narożnika pola karnego Widoku (nasza perspektywa) podał płasko wzdłuż „16-ki”: nadbiegający „Olsza”, w pełnym biegu, z pierwszej piłki, z odległości zbliżonej do 20 metrów umieścił piłkę w lewym okienku.
   „Siadamy! Siadamy! Będą błędy!” – krzyczał Maks, gdy przegrywający 3:0 goście mieli wznawiać grę. Nasz bramkarz nie pomylił się. Pierwszy pojawiał się już w 19 minucie i wynikł chyba ze zbyt szybkiego rozluźnienia. Właśnie wtedy nieporozumienie pomiędzy naszym bramkarzem, a Pawłem Baranem mogło zakończyć się utratą bramki.
   BKS stracił ją w 26 minucie. Podobnego błędu „Kylo” już chyba nie popełni! Rację ma znający Krzyśka trener Rejdych, który po jednym z jego zagrań – nie tym feralnym - powiedział o szczególnie utalentowanym piłkarsko chłopcu: „U niego nie ma zagrania z pierwszej piłki, wszystko musi być prowadzone, kiwane”.
   Zabójcza – zwłaszcza przed polem karnym nonszalancja – zirytowała trenera Guściorę. „Krzysiek! Co jest?! Mistrzu?!” – krzyknął.
   Bardzo szybko, bo 2 minuty później „Kylo” się zrehabilitował. Jak to jest w grach zespołowych, udział w tym mieli jego koledzy. Paweł Warowny rzucił piłkę z autu do Pawła Rekiela, który przed lewym narożnikiem pola karnego Widoku (nasza prawa strona boiska), przedryblował dwóch obrońców i podał wzdłuż linii pola karnego do Krzyśka Gładosza. Kto jak kto, ale on potrafi mocno i celnie uderzyć! Nic więc dziwnego, że bramkarz po raz czwarty wyjął piłkę z siatki. Jeżeli goście mieli jeszcze jakiekolwiek złudzenia, w tym momencie chyba się rozwiały. Jeszcze w 30 minucie stworzyli groźną sytuację, ale dwa, wzajemnie asekurujący się Pawły, jeden duży, drugi mały: Baran i Warowny zażegnali niebezpieczeństwo.
   W 31 i 33 minucie odżyły wspomnienia. Dwa długie krosy Łukasza Wiecha na lewe skrzydło, dwa rajdy „Zagóra”, dwa wycofania piłki na środek pola karnego do Pawła Rekiela – jak za czasów trenera Aleksandrowicza wiele razy bywało – przyniosły dwie kolejne bramki. Do przerwy BKS prowadził 6:1 chociaż w 35 minucie napastnikowi gości udało się minąć Maksa, ale z ostrego kąta trafił w słupek.
   Niewiadomą – bo rezultat był już przesądzony – pozostawała druga połowa. Najczęściej w takich sytuacjach wiele już się nie dzieje. Przegrywający – jak na zbawienie - z utęsknieniem czekają na końcowy gwizdek, wygrywający są zazwyczaj tak rozluźnieni, że brakuje niezbędnej w grze sportowej agresji i woli walki. Jednak lekkość i swoboda, o której już wspomniałem dały 5 kolejnych bramek.
   Siódmą, w 41 minucie – po długim, precyzyjnym podaniu Krzyśka Gładosza - z lewej strony pola karnego, strzałem w długi róg zdobył Sebastian Wrzesiński. Wcześniej, w 38 minucie „Kylo” z odległości około 25 metrów trafił w poprzeczkę. Ósme, a swoje trzecie trafienie, odnotował minutę później. Ofensywną akcję zakończoną golem zainicjował Paweł Warowny „ciągnąc” prawym skrzydłem, podając do „Olszówki” i otrzymując od niego z powrotem piłkę: długie, prostopadłe podanie w polu karnym przejął Krzysiek Gładosz. Powstałą tym sposobem sytuację sam na sam zamienił na gola. „I na tym nie koniec” dodał kolejny już raz obserwujący mecz trener Rejdych.
   Akcję zakończoną 9-tym golem BKS-u zainicjował Paweł Baran, który po przejęciu piłki przed naszym polem karnym zdecydował się na indywidualny przebój. Do skutecznego zakończenia akcji przyczynił się wprawdzie kiksujący przed polem karnym obrońca, co pozwoliło Pawłowi na odegranie piłki bardziej w prawo, do Kuby Olszewskiego. „Olsza” z prawej strony pola karnego wycofał piłkę na „16-kę”, skąd płaskim strzałem, z pierwszej piłki celnie uderzył Paweł Rekiel. Była 44 minuta, BKS prowadził 9:1.
   Zaraz po tym doszło do zmian. Pierwsi zeszli „dwaj koledzy z klasy i boiska”: Olszewski i Rekiel. Zastąpili ich Michał Sikora oraz Kuba Kędzierski. Obaj zdobyli bramki. „Miśkowi” udało się to za trzecim razem, wcześniej dwa razy nie skonsumował podanej mu piłki. Trzecią, udaną próbę, zainicjował „Gelian” indywidualnym przebojem przeprowadzonym lewą stroną boiska i podaniem do Arka Szymanka. Po jego dośrodkowaniu w 53 minucie „Misiek” zdobył 10-ego gola. Wynik meczu, w 56-tej, po indywidualnej akcji prawą stroną ustalił bardzo dobrze grający wiosną „Raul”. Bramkarz gości – choć nie doznał żadnego urazu – długo nie podnosił się z trawy.
   Taki przebieg i rezultat derbów Lublina zaskoczył wszystkich. Zaskakujące było też ustawienie, w jakim BKS je kończył. Jako ostatni obrońca z boiska schodził „Zagór”. Gdy sędzia kończył mecz, środkowym napastnikiem był stoper Paweł Baran. W 62 minucie mógł zdobyć gola po uderzeniu z rzutu wolnego. W 66-tej strzałem „a la Obraniak” popisał się Łukasz Jaśkiewicz. Piłka musnęła prawe okienko bramki gości.
   Mimo porażki Widok również atakował. Robił to tak, jakby - czytając relacje z meczów BKS - znał dotychczasowe newralgiczne punkty defensywy. Tym razem na nic zdały się długie, prostopadłe podania. Obrońcy byli szybsi, szybszy był często interweniujący przed polem karnym Maks. Pewna, bezbłędna obrona, wyeliminowanie z niej – przynajmniej na razie – słabszych elementów: zwłaszcza to zasługuje na uznanie. Kiedy te nabyte struktury czynnościowe zostaną utrwalone, gdy pozostanie możliwa dobrym wyszkoleniem technicznym filigranowych raczej zawodników lekkość, inteligencja i swoboda gry, kolejny sezon może wzmocnić i utrwalić pozytywne tendencje rozwoju sportowego i piłkarskiego chłopców. A to jest najważniejsze! Grają naprawdę coraz ładniej, lepiej i mądrzej. Wyrazem tego progresu są też miejsca w ligowych tabelach: po raz pierwszy było czwarte, za drugim trzecie, teraz drugie od dawna jest już pewne.

Andrzej Rekiel

BKS Lublin – Widok Lublin 11:1 (6:1)

Bramki zdobyli: K. Gładosz – 3 (9, 28 i 42 min.), P. Rekiel – 3 (31, 33 i 44 min.), J. Zagórski – 1 (13 min.), J. Olszewski – 1 (18 min.), S. Wrzesiński – 1 (41 min.), M. Sikora – 1 (53 min.), J. Kędzierski – 1 (56 min.)

BKS Lublin: M. Żuber, P. Warowny, Ł. Jaśkiewicz, P. Baran, G. Trela, S. Wrzesiński, Ł. Wiech, K. Gładosz, J. Olszewski, P. Rekiel, J. Zagórski. Zagrali ponadto: B. Klimek, M. Sikora, J. Kędzierski, P. Dolar, P. Karwat, A. Szymanek, J. Wąsik.




BKS Lublin - Widok Lublin    11 - 1


                                          [Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                                                  




14.05.2011 Mecz z Włodawianką

   Rewanżowy mecz z Włodawianką na Stadionie Miejskim we Włodawie rozpoczął się – jak nigdy – wyjątkowo wcześnie. Już o godzinie 10-tej, na dobrze przygotowaną, ładną, pociętą „piłkarskimi” pasami murawę wybiegły dwie jedenastki. Na ławce rezerwowych, obok trenera i jak zwykle przeżywającego mecz, nie szczędzącego uwag i rad, byłego piłkarza, obecnego kierownika drużyny, Pana Piotra Wrzesińskiego, usiadło kilku „seledynowych”. Zupełnie inaczej wyglądała ławka „czarnych” – w takich strojach zagrali gospodarze. Zasiadł na niej jedynie ich trener, który i tak - już w drugiej minucie – po obraźliwych uwagach kierowanych pod adresem sędziów został z niej odesłany na trybunę. Ławka gospodarzy została więc pusta, a chyba zbyt nerwowy i niezbyt obiektywny szkoleniowiec „koncertował” z trybun. Przykrym było wysłuchiwanie co niektórych uwag i komentarzy. Tym bardziej, że sędziom trudno cokolwiek zarzucić. Niestety, drużyny dzieliła przepaść, co odzwierciedla – i tak wcale nie najwyższy - rezultat. Gospodarze oprócz bramki strzelonej w 18 minucie (przy stanie 0:3), jeden raz poważniej zagrozili bramce BKS – skutecznie interweniował wówczas Bartek. Pokonany przeciwnik, jak w każdym sporcie, zasługuje na szacunek. Zarazem dziwi i nie, że nie potrafił skompletować pełnego składu, z niezbędnymi rezerwami. Cóż, jak to się rzecze, taki czas... Komu się jeszcze chce walczyć, trenować i biegać? Coraz mniej do tego chętnych, trzeba to po prostu lubić. Na tym poziomie rozgrywek to jest najważniejsze.
   Choć było ciepłe, spokojne, rześkie, majowe wczesne przedpołudnie - lub jak kto woli, późny ranek - zaczęło się więc nerwowo, bynajmniej nie z powodu groźnych akcji Włodawianki, ale jej trenera. BKS grał szybko, płynnie, co chwilę groźnie atakując. Pierwsza bramka padła już w 3 minucie, kiedy przeprowadzoną lewym skrzydłem akcję, strzałem pod poprzeczkę, z prawego narożnika pola karnego wykończył „Olsza”. Częsta zmian stron w meczu tym była charakterystyczna dla „Beksy”.
   W 9 minucie, z linii pola karnego, silny, celny strzał – po wycofaniu piłki przez Kubę Zagórskiego - oddał Łukasz Wiech. Było już 2:0, „szło” szybciej i skuteczniej niż w pierwszym, jesiennym meczu wygranym w Lublinie 8:1. W 11 minucie wydawało się, że po kolejnej akcji bramka jednak nie padnie – Paweł Rekiel, po „prostopadłym” podaniu „Zagóra”, znalazł się w sytuacji sam na sam, minął bramkarza w lewo, ale piłkę z linii bramkowej zdołał wybić obrońca. Wróciła do Pawła – jego dośrodkowanie na trzeciego gola zamienił Zagórski.
   Po tym gra BKS-u wyraźnie „siadła”. „To wszystko jest za długo, o jedno tempo. Chłopaki, to wszystko siadło. Trzeba pobiegać, poturlać trochę piłką!” – pokrzykiwał trener przyjezdnych. Gospodarze, jak już wspomniałem, w 18 minucie zdobyli honorową bramkę. I w tym przypadku rzeczywiście pomylił się sędzia: nie zauważył, jak inicjujący akcję zawodnik przytrzymał piłkę ręką. Zakończyła się ona sytuacją sam na sam, golem i urazem głowy naszego bramkarza: Bartek już przygotowywał się do wejścia na boisko, gdy Maks dłuższy czas nie podnosił się. Wszystko skończyło się dobrze, zmiana bramkarzy nastąpiła w drugiej połowie.
   Zanim zaczął ją sędzia dobrze prowadzący mecz, podczas pięciu ostatnich minut pierwszej odsłony, gospodarzy znokautowali goście. W 30 minucie – po prostopadłym podaniu „Kyla” – czwartą bramkę uderzeniem z linii pola karnego zdobył Kuba Zagórski. Zaledwie gospodarze wznowili grę i zdołali wymienić miedzy sobą jedno podanie, obrońca „przyciśnięty” przez Zagóra nie zdołał wybić piłki. Przejął ją Paweł Rekiel, który płaskim strzałem w długi róg z prawego narożnika pola karnego podwyższył na 5:1. Minutę przed końcem pierwszej połowy, skutecznym wykonawcą rzutu karnego okazał się „Kylo”. Wcześniej, jego strzał, po dłoni obrońcy trafił w poprzeczkę. Jeszcze w tej części gry Sebastian Wrzesiński nie wykorzystał „setki” – bramkarz gospodarzy wygrał pojedynek sam na sam. „Bez wiary to jest!” – krzyknął jak zwykle żyjący między słupkami Maks.
   W drugiej połowie w drużynie „seledynowych” nastąpiły zmiany. Zszedł Paweł Warowny, który zagrał już trzeci mecz w roli prawego obrońcy. Na jego miejsce - a zazwyczaj swoje - cofnięty został „Olsza”, jako prawy pomocnik zagrać miał Kuba Kędzierski. Szkoda, że „Raul” w 57 minucie – podobnie jak wspomniany wcześniej „Seba” - nie wykorzystał idealnej okazji. Bramka byłaby ukoronowaniem dobrej gry wiosną filigranowego pomocnika. Przed podobną szansą, w 61 minucie stanął „Misiek”.
   Mimo kilku niewykorzystanych okazji, po przerwie BKS strzelił trzy bramki. Siódmą – filmowym uderzeniem z rzutu wolnego – zdobył Krzysiek Gładosz. W 42 minucie, piłka ustawiona przez niego na łuku przed polem karnym przerwała swój lot w lewym okienku Włodawianki. „Kylo” swoją trzecią, a dziewiątą bramkę w meczu, „zaliczył” po indywidualnym przeboju w doliczonym czasie gry. Wcześniej, ósmą bramkę, uderzeniem głową z okolicy „jedenastki”, po długim, prostopadłym podaniu Grzesia Treli, w 46 minucie zdobył Paweł Rekiel.
   W 67 minucie gospodarze mogli zmniejszyć rozmiary porażki. Właśnie wtedy – o czym już wspomniałem na początku – skutecznie interweniował Bartek. Zwycięstwo gości – piszę to bez żadnej satysfakcji – mogło i powinno być dużo wyższe. A pokonani trampkarze z Włodawy zasługują na poważanie i szacunek! Naprawdę! Najsmutniejszym rozwiązaniem jest to, wybrane przez Sygnał Lublin. Niestety, w mieście nad Bystrzycą piłka nożna, nawet dziecięca i młodzieżowa – dogorywa. Za ten stan rzeczy ktoś ponosi odpowiedzialność! I na pewno nie dzieci!

Andrzej Rekiel

Włodawianka Włodawa – BKS Lublin 1:9 (1:6) Bramki dla BKS zdobyli: K. Gładosz – 3 (34, 42 i 70 min.), K. Zagórski – 2 (11 i 30 min.), P. Rekiel – 2 (30 i 46 min.), J. Olszewski – 1 ( 3 min.), Ł. Wiech – 1 (8 min.).

BKS Lublin: M. Żuber, P. Warowny, Ł. Jaśkiewicz, P. Baran, G. Trela, J. Olszewski, Ł. Wiech, K. Gładosz, S. Wrzesiński, P. Rekiel, J. Zagórski. Zagrali także: B. Klimek, P. Karwat, M. Sikora, Sz. Szawara, P. Dolar




Włodawianka - BKS Lublin    1 - 9


                                          [Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                                                  


07.05.2011 Mecz z Orlętami Radzyń

   Bóle głowy, niezależnie od klasy rozgrywek, pod warunkiem poważnego traktowania i przeżywania wykonywanej profesji, są chyba zawodową chorobą trenerów. „Łeb może pękać” nawet wówczas, gdy rzecz dotyczy tak wdzięcznego zajęcia, jakim jest trenowanie młodszych i starszych chłopców, juniorów, młodzików, trampkarzy.
   Sobotniego przedpołudnia trenera Guściorę – chociaż chyba nie jest meteoropatą -mogła rozboleć głowa. Nie tylko dlatego, że nad Lublinem zawisły deszczowe chmury, było zimno, wiał wiatr. Ziąb, który wtargnął z pierwszymi dniami maja, odpuścił tylko na chwilę. Nie pokonało go ciepło, które słońcem i przyjemną, wiosenną pogodą zabarwiło ostatni przed meczem piątkowy trening. Już wtedy było wiadomym, że z powodu kontuzji nie będzie mógł zagrać Sebastian Wrzesiński. Jak dochodziły wieści z „domowego szpitala”, zagrać miał Łukasz Jaśkiewicz, który rozchorował się po meczu z Wisłą. Przed meczem okazało się, że „Budyń” jednak nie zagra. Z konieczności przebudowie ulec musiała konstrukcja zespołu, zwłaszcza defensywa oraz druga linia. Zaowocowało tym samym sprawdzone z Wisłą taktyczne rozwiązanie z Pawłem Warownym jako prawym obrońcą. „Żelazny” lewy defensor – Grzesio Trela – zagrał obok Pawła Barana jako drugi stoper (zrobił to bardzo dobrze), jego miejsce zajął zawsze waleczny „Wąski”. Kuba Olszewski powrócił do drugiej linii - tam, gdzie za czasów trenera Aleksandrowicza grywał zazwyczaj. Novum było to, że tym razem, bardziej prawo nożny piłkarz miał zagrać na lewej flance.
   Pierwszą różnicę między drużynami można było dostrzec już w sposobie prowadzenia rozgrzewki. Zdecydowanie wypadła ona na korzyść grającego w seledynowych strojach BKS. Może dlatego nestor lubelskich trenerów - Jerzy Rejdych - stojąc z trenerem Maciejem Grzywą na wzniesieniu wykorzystywanym przez służby medialne „Beksy”, tymi słowy skomentował tradycyjny okrzyk powitalny grających w niebieskich strojach gości: „Kto wygra mecz? Kto wygra mecz? Radzyń! Radzyń! Radzyń!”.
„Och chłopaki, krzyczeć to wy głośno możecie, ale nie bardzo jest to do zrealizowania. No ale” – dodał po chwili trener, który „zjadł zęby na piłce”. Nie tylko naszym trampkarzom przypomnę, że pod koniec lat 70-tych ubiegłego wieku, pan Rejdych prowadził stukający do bram ekstraklasy Motor. To, co nie udało się jemu, zrealizował jego następca, Bronisław Waligóra, awansując z fabrycznym klubem FSC po raz pierwszy w historii. W roku 1980, z tego powodu, w Lublinie zapanowała radość, było wielkie święto. Na stadion przy Alejach Zygmuntowskich przyjeżdżała Legia, Wisła, wielki wówczas, liczący się w Europie Widzew. W 1983 roku grał w półfinale Pucharu Europy – odpowiedniku dzisiejszej Ligi Mistrzów.
   Pamiętając pierwszy mecz w Radzyniu do optymizmu trenera – seniora podchodziliśmy ostrożnie. Wprawdzie we wrześniu BKS wygrał 5:2, ale właśnie tam pojawiły się pierwsze objawy jesiennej zadyszki „bekaesiaków”. Otwartym pozostawało pytanie, czy trwałym jest to, co „zaskoczyło” podczas meczu z Wisłą Puławy oraz wpływ pogody na przebieg gry. Było jasnym, że wcześniej, czy później poleje. Tak też się stało, było zimno, rozpadało się na dobre.
   Zaczęło się jednak dobrze. W 3 minucie, Paweł Warowny, przy linii bocznej przerwał akcję gości odgrywając do „Raula”. Kuba „wypuścił” Pawła Rekiela prawym skrzydłem, absorbując obrońców zbiegał ku niemu Jakub Zagórski, a środkiem przed pole karne pędził „Olszówka” krzycząc: „Paweł!” „Rekielek” dośrodkował zachęcając krzykiem: „uderz Olszew!”. Półgórna piłka, po koźle, uderzona bez przyjęcia, z linii pola karnego po dłoniach bramkarza musnęła poprzeczkę. Oprócz porozumiewających się zawodników, cały czas, nawet głośniej niż zmarzniętego trenera słychać było dowodzącego formacjami Maksa.
   W 7-mej minucie „seledynowi” przeprowadzili drugą bardzo groźną, lecz prostą akcję. Paweł Baran wykonywał rzut wolny z linii dzielącej boisko na dwie połowy. Długa wrzutka zakończyła się wyjściem na czystą pozycję Krzyśka Gładosza, ale piłkę uderzoną głową wyłapał bramkarz.
   BKS przeważał, gra toczyła się na połowie gości, którzy do 18 minuty skutecznie odpierali ataki. Wcześniej, w 16-tej, zapewne uwzględniając śliskie boisko i piłkę, strzałem z dystansu bramkarza Orląt próbował zaskoczyć jak ryba w wodzie odżywający w ofensywie, jak kto woli: „Olsza”, „Olszew” vel „Olszówka”.
   W 18 minucie padła pierwsza bramka. Akcja zakończona pełnym powodzeniem zaczęła się odgwizdaniem spalonego jednego z zawodników gości. Piłkę z naszego prawego narożnika pola karnego wyekspediował Paweł Baran. Prostopadłe podanie przejął Kuba Olszewski. Zdecydował się na rajd w pole karne. Naciskany przez obrońców utrzymał się przy piłce, uciekł w lewo i odegrał do tyłu, do Kuby Zagórskiego. „Zagór” minął „niebieskiego” i podał wzdłuż linii pola karnego do Krzyśka Gładosza. „Kylo” zdecydował się na uderzenie zza linii 16 metrów. Piłkę zmierzającą do bramki przy swoim prawym słupku sparował bramkarz. Przejął ją ponownie „Olsza” i podał do Pawła Rekiela, który z „piątki” wykończył akcję drużyny. „Jeszcze, jeszcze Olszówa!” – krzyczał Maks, kiedy Kubę przed odegraniem piłki do „Zagóra” atakował obrońca.
   Po zdobyciu bramki BKS przycisnął. Ale na drugiego gola przyszło czekać 7 minut. Rzut rożny z naszej lewej strony egzekwował Zagórski. Piłka – po interwencji obrońcy – powróciła do niego. Powracający do wysokiej formy napastnik, w lewym narożniku boiska zaczął to, co umie i potrafi: zwodami ogrywał obrońców. „Niech to robi! Niech to robi. W końcu go przewrócą” – poczynania Kuby komentował trener Rejdych.
   Filigranowego, mocno trzymającego się na nogach napastnika obrońcy nie przewrócili, zdążył podać do „Olszy”, ten przedłużył podanie do Pawła Rekiela i było 2:0! „No i właśnie z tego dryblingu to wyszło Właśnie u nas tego brakuje. Umiejętność gry indywidualnej w naszej ekstraklasie to jest tragedia. Jest złe szkolenie, bo się od małego uczy grania na jedno, dwa dotknięcia. Opieprza się chłopaka, że się kiwa. Kiedyś, jak były podwórka, jak ktoś nie umiał kiwać, to w ogóle nie miał szans grania” – dokończył myśl trener Rejdych.
   W 27 minucie szansę na zdobycie gola miał rozgrywający kolejny, bardzo dobry mecz Jakub Kędzierski. Wznawiając grę z rzutu rożnego (z naszej prawej strony), Kuba Zagórski podał do stojącego przed polem karnym „Raula” – jego strzał oddany z pierwszej piłki minął lewy słupek bramki gości. „No, ale bardzo dobra decyzja” – trudno się nie zgodzić z oceną pana Jerzego.
   Minutę później, rzut rożny wykonywany z tego samego narożnika przyniósł 3 bramkę: dośrodkowanie Zagórskiego, uderzeniem głową na gola zamienił Krzysiek Gładosz. Choć Orlęta – inaczej niż Wisła – nie grały wysoko ustawioną defensywą, do przerwy było tak jak przed tygodniem. A jako że goście nie stworzyli ani jednej sytuacji „pachnącej” bramką, wynik – choć to piłka nożna – wydawał się być rozstrzygnięty.
Nie, oni nie są w stanie bramki strzelić. Najwyżej na 7:1” – przewidywał pan Jerzy.
   Bramka dla gości nie padła, w drugiej połowie 3 kolejne zdobył BKS. Określenie „szkoleniowa i filmowa” można by przypisać 4-tej (47 minuta). Poprzedził ją rajd „Raula” prawym skrzydłem i skuteczna interwencja bramkarza gości – strzał Kuby z ostrego kąta wcześniej zblokował obrońca. „Niebiescy” ruszyli do przodu. Ich akcję, na naszej połowie, w okolicy środka boiska przerwał Paweł Baran. Podał piłkę do Łukasza Wiecha. Wszystko rozegrało się przed polem karnym gości. Wtedy zaczęły się przygotowania do zadania kolejnego ciosu. Paweł Rekiel, operujący zazwyczaj po prawej stronie boiska zbiegał ku jego lewej flance pozostawiając „Zagóra” z prawej strony. Gdy „Łuki” przykleił piłkę do nogi, Kuba jeszcze bardziej odchodził w prawo. Za jednym i drugim napastnikiem podążali obrońcy. Tym sposobem, front obronny został rozerwany, powstała w nim szeroka, nie barwiona na niebiesko wyrwa, w którą prostopadle zagrał „Wiecho”, gdy „Zagór” dokonał gwałtownego zwrotu o 180 stopni i na tak zwanym „speedzie” zbiegał do środka. Przyjął piłkę, minął obrońcę odchodząc jeszcze bardziej w lewo i strzałem w długi róg pokonał rosłego bramkarza. Jeżeli chłopcy opisaną akcję przeprowadzili z rozmysłem i świadomie, byłby to prawdziwy „majstersztyk”. Jeżeli działali intuicyjnie, na czuja”, czy też tak po prostu wyszło, wiedzą już chyba, jak w podobnych sytuacjach się zachowywać. Warto temu się dokładnie przyjrzeć w relacji filmowej.
   W 50 minucie powinna paść kolejna bramka po równie ładnej, szybkiej akcji. Kuba Zagórski odebrał piłkę rywalowi na naszej połowie, z naszej lewej strony, przy linii środkowej. Zagrał wszerz do wychodzącego „Raula”. Kuba „pociągnął” prawą stroną dośrodkowując płasko na wysokości pola karnego do Pawła Rekiela, który strzelając nad wybiegającym bramkarzem trafił w poprzeczkę. Tylko dwa podania i byłaby bramka!
   Chociaż mecz, kolejny raz został wygrany po ładnej grze i wysoko, trenera głowa boleć nie przestała. Sam się przyznał, że będzie miał coraz więcej wątpliwości i dylematów. Na szczęście, nie z ubóstwa, ale przynajmniej na razie, z nadmiaru bogactwa. Po raz drugi w roli prawego obrońcy sprawdził się Paweł Warowny, na pozycji lewego do formy powrócił „Wąski”, jako stoper bardzo dobrze zagrał „Gelian”, a grający kiedyś z przodu „Olsza” nie zapomniał jak się zdobywa bramki. W 55 minucie podwyższył na 5:0. Wówczas piłkę wybitą przez bramkarza Orląt w środku pola przejął „Kylo” i podał do „Zagóra”. Kuba dosłownie przytrzymał „gałę” przyciskając ją butem do zlewanej deszczem murawy i trącił lekko w lewo do nadbiegającego z lewej „Olszówki”. Kuba w pełnym biegu, z pierwszej piłki, z lewego narożnika pola karnego celnie przymierzył w długi róg.
   Wynik meczu ustalony został w 64 minucie. Paweł Baran kolejny już raz, na naszej połowie przerwał ofensywne poczynania „niebieskich”. Tym razem zdecydował się na indywidualny przebój. Przerwał go przed polem karnym gości zagrywając na prawo, do Michała Sikory. „Misiek” osaczony przez dwóch obrońców – po serii zwodów odegrał ją do Pawła, Paweł do Zagóra, a Kuba jak w „dziadku” z powrotem do Pawła. Najroślejszy „Bekaesiak” uderzył z linii pola karnego. Piłkę zmierzającą do siatki przy swoim prawym słupku – szpagatem widywanym na parkietach piłki ręcznej, prawą nogą – wybił bramkarz. Odbita poleciała w stronę prawego narożnika pola karnego (perspektywa bramkarza Orląt), skąd strzałem z pierwszej piłki, lewą nogą, w prawe okienko bramki gości trafił Krzysiek Gładosz. Mniej więcej w tym też momencie można by powiedzieć, iż przestało lać, zaczęło siąpić i padać.
   W 46 minucie goście mieli szansę na zdobycie gola. Piłkę uderzoną z ponad 30 metrów zmierzającą w jego prawe okienko, wyciągnął Maks. Później zastąpił go w bramce Bartek.
   Chociaż goście przegrali wysoko, zasługują na szacunek i brawa. Fajnie jest wygrywać miło, lekko i przyjemnie. Trudniej przełykać gorycze porażek. Ale tylko dzięki takim chłopcom, dzięki ich pasji oraz chęci trenowania i biegania, w kraju nad Wisłą, obok i wbrew z istoty rzeczy mającym za to odpowiadać strukturom i instytucjom, krajowym i lokalnym, istnieje jeszcze piłka nożna. To z tej właśnie podstawy ma wyrastać i na niej się opierać.
   O jej teraźniejszości i perspektywach, pod parasolami w które monotonnie stukały krople deszczu, nagrywając i fotografując mecz, rozmawialiśmy z trenerami moknącymi razem z nami. Niektóre ich uwagi są trafne i celne. Za wiedzą i zgodą obu, poniżej przytaczam kilka. Są wprawdzie wyrwane z kontekstu, ale będą chyba zrozumiałe i dadzą do myślenia.

„Przede wszystkim materiał jest inny (o piłkarskiej młodzieży w Polsce i na świecie) z tego względu, że mają motywację. I jest motywacja dla rodziców i dla dzieci”.

„Nawet te zaśmiecacze naszej ligi, to nie wszyscy w momencie kiedy im to proponowano w wieku 19 lat, od razu się nie nadawali. Mamy naprawdę bardzo marne trenowanie. Nasi niby specjaliści wyrośli na Fryzjerze.”

„U nas wszystko się robi na dzisiaj. Tak jak Dyzma. Tak, to są takie Dyzmy. Byle jakość, byle od niedzieli do niedzieli. A w najgorszym razie powie: nie mam kim grać!”

„Muszą być inne ukierunkowania. To ukierunkowanie na młodzież musi wyjść z PZPN. Oni (chłopcy – A.R.) muszą mieć perspektywę gry. To jest istotna sprawa. Jak będziesz oglądał mecze, ten ma 17, ten ma 18, 20 lat. Że gra 6-ciu chłopaków z naszego klubu. Musi być trend, zainteresowanie młodzieżą. Wtedy trzeba pomyśleć o szkoleniowcach, pomyśleć o selekcji, trzeba pomyśleć o stworzeniu warunków. Trzeba by otworzyć kilka ośrodków szkolenia tak jak jest za granicą, prowadzonych przez związek, a nie takich, jaki jest na Poturzyńskiej. Gdzie jest jednolity program, gdzie są najlepsi trenerzy, najbardziej uzdolniona młodzież. I wszędzie program jest jednakowy, nie tak jak u nas. Jeden robi tak, drugi inaczej, a trzeci jeszcze. Oprócz tego każda drużyna z I, II i III ligi ma obowiązek mieć własny ośrodek szkoleniowy młodzieży. Bo inaczej nie zostajesz dopuszczony do rozgrywek”.

„Przede wszystkim muszą zrozumieć, że każde nowe dziecko, które przyszło do klubu to przyszły nowe pieniądze. Dobry gospodarz, jak mu się krowa ocieli, to widzi że jest bogatszy. A u nas jest problem (z pewnością nie dotyczy to BKS – A.R) bo dzieci są w klubie. Cholera, po co to tyle się kręci? Kto będzie na to płacił? Jak tu trzeba autobus zamówić, bo chłopaki jadą do „Zawikuku” na mecz B klasy! To jest najważniejsze! A my z nimi, flacha z nami i do niedzieli jest. A dzieci mają w dupie!

„Ci mecenasi, którzy tyle pieniędzy topią! Słuchajcie! Od dzisiaj, niezależnie od tego gdzie będziemy, grają nasze chłopaki! I za 5 lat byłby zupełnie inny poziom. Tego turystę kupisz za pół miliona, drugiego za 1,5. Bo czarnego. Potem sprzedasz”.

„Co mu z tego, że grają w ekstraklasie, jak grają na ostatnim miejscu! (O Cracovii i Filipiaku). A kasę muszą płacić olbrzymią. Taki Łobodziński bierze 70 tysięcy. No dajcie spokój! On nie musi biegać bo ma kontrakt na 5 lat. Gorawski z tym drugim grają w Górniku w B klasie, w rezerwach Górnika. Jeden bierze 60, drugi 50 tysięcy. I on mówi: ja mam w dupie! Mogę tak grać 5 lat. To jest paranoja. Wojciechowski jak ładował kasę, tak ładuje. A Filipiak już ze 3 drużyny kupił. I jak nic nie było, tak nic nie ma. Tak bezmyślnie wyrzucać tyle grosza na przeciętnych łachmytów! Mamy takich ekstraklasowych profesjonalistów! Oni są profesjonalistami przy kasie. A na boisku to niektóre mecze można by tyłem siedzieć. Bo to się nie da oglądać. Ani serca, ani umiejętności”

„A co może być wspanialszego jak przyszedł do ciebie taki zasmarkany Jasio, a po paru latach patrzysz wspaniały Jan z tego wyrósł. I wiem, że miałem też w tym udział. Bo to nie polega tylko na kopaniu piłki! Wielu chłopców zostało ukształtowanych właśnie przez kontakt z trenerem, piłką. Wyposażyłeś go w coś, co będzie mu bardzo potrzebne w życiu. Czego gdyby nie trenował, najpewniej by nie miał. Zrobi się więcej niż szkoła. Bo do ciebie przychodzi z własnej, nieprzymuszonej woli. Do szkoły musi”.

   I na koniec optymistyczna wypowiedź Maćka Grzywy: „Jak ja gadam choćby z Adamem Piekutowskim i on mi opowiada, jak oni mieli na przykład treningi z Jezierskim i Majewskim, to mi się wydaje, że to co ja robię na treningach to jest mistrzostwo świata”.

   Tak panie Maćku! To, co pan robi, co dzieje się w BKS-ie, garnące się do niego dzieciaki, coś tak prostego i oczywistego, przy braku zainteresowania ze strony miasta i władz sportowego związku, w naszych warunkach niestety wygląda jak mistrzostwo świata. I nie trzeba zbytniej wyobraźni, by odpowiedzieć na pytanie: co stanie się, jak zaowocują zasiane w sercach chłopców talenty, marzenia, także sportowe dary? Dopóki nie zostanie rozgoniony na cztery wiatry kolorowy, kłamliwy, szyderczy korowód ciągnącej nie tylko do piłkarskiego koryta parady oszustów, nic się nie zmieni! Najwyższy już czas, jakimś sposobem rozgonić to towarzystwo, a motto przewodnie ich działania, wypowiedziane szczerze i bez ogródek przez byłego selekcjonera reprezentacji Polski: „kasa Misiu, kasa” (lub podobnie) zastąpić etyką, moralnością, dobrem wspólnym. Bez tego, chłopcom zostaną – niczego nikomu nie ujmując – Cisy Nałęczów lub liga TKKF. Stać ich i zasługują – gdyby zechcieli w przyszłości związać swą przyszłość z piłką – na dużo więcej. Nie ma wyjścia, trzeba wziąć kija i walić po zgromadzonych nie tylko wokół piłkarskiego koryta ryjach!

Andrzej Rekiel

BKS Lublin – Orlęta Radzyń 6:0 (3:0), bramki zdobyli: Paweł Rekiel – 2 (18 i 25 min.), K. Gładosz – 2 (28 i 64 min), J. Zagórski – 1 (47 min.), J. Olszewski – 1 (55 min.).
BKS Lublin: M. Żuber, P. Warowny, G. Trela, P. Baran, J. Wąsik, J. Olszewski, Ł. Wiech, K. Gładosz, J. Kędzierski, P. Rekiel, J. Zagórski. Zagrali ponadto: B. Klimek, P. Karwat, P. Dolar, M. Sikora.




BKS Lublin - Orlęta Radzyń    6 - 0


                                          [Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                                                  





30.04.2011 Mecz z Wisłą Puławy

   Kiedy na soczystej, majowej murawie, ostatniego dnia kwietnia rozgrzewali się trampkarze młodsi puławskiej Wisły (biało czerwone stroje) i lubelskiego BKS-u (tradycyjne „seledynki”), na kopcu wznoszącym się kilka metrów ponad zielony dywan pocięty jaśniejszymi i ciemniejszymi, regularnymi pasami, trwały ostatnie przygotowania służb prasowych: „Beksy TV” i „Foto Press Beksa”. Kamerzysta, fotoreporter i co niektórzy kibice – wykorzystując wzniesienie, z którego zawsze lepiej widać - jak zwykle rozmawiali ze sobą. W scenerii zbliżającego się meczu, ciepłego, wiosennego, sobotniego, wczesnego popołudnia – prognozy zapowiadały zimny, wręcz zimowy, deszczowo śnieżny majowy weekend – temat rozmów mógł być oczywiście jeden. Przeplatały się w nich wspomnienia rundy jesiennej, przewidywania i prognozy co do spotkania, które miało zacząć się zacząć za kilka minut. Wcześniej trampkarze starsi KS Lublin rozbili gości z Puław.
   Trzy pierwsze, wiosenne spotkania nie napawały hura optymizmem. Puławska Wisła zawsze była i jest wymagającym przeciwnikiem, a i gra w trzech pierwszych meczach nie była taka, do jakiej jesienią przyzwyczaili nas seledynowi. Wiosną nie grali wszak źle, brakowało przysłowiowej ‘’kropki nad i”, niezbędnej, sportowej agresji, a przede wszystkim swobody gry, tej tak bardzo ludzkiej, metafizycznej wręcz lekkości bycia, która jest czymś odmiennym od prymitywnej, tępej, wulgarnej, głośnej i hałaśliwej samowoli. Taka lekkość i swoboda bycia jest „darem niebios”, zdobywanym i wydzieranym tak zwanej rzeczywistości w nieustannym trudzie, zmaganiu się z sobą i tak zwanym, w istocie trudno zrozumiałym i niepojętym światem, Tym morzem bez dna otaczającym nas wokoło i na co dzień. Jest darem i nagrodą konsekwentnego dążenia do godziwego, dobrego celu, niezależnie czego on dotyczy i w jakim wymiarze ludzkiej aktywności się przejawia. Jest dodawanym jakby z przypadku i od niechcenia dodatkiem, gdy człowiek znalazłszy i wybrawszy ludzki sposób bycia, wznosi swe wielokierunkowe, złożone i wielopoziomowe jestestwo, jego całość i jedność, najwyżej jak tylko może. Tam, na wysokościach ludzkiego ducha, paradoksalnie w ludzkiej głębi, do wzlatującego człowieka zbliża się sam Bóg, otwierając przed nim nowe horyzonty istnienia, ludzkiej, tajemniczej obecności w świecie, prozaicznie zwanej życiem. A w nim, jak i w kilku stojących na kopczyku sylwetkach, nadzieja w sposób nierozerwalnie konieczny przeplatała się z obawą. Powodem tej ostatniej była także wymuszona sytuacją kadrową decyzja trenera: na prawej obronie, po raz pierwszy chyba w swej piłkarskiej karierze zagrać miał nominalny ofensywny pomocnik i napastnik: filigranowy, szczupły, Paweł Warowny „Roni”. „Olszówka” – choć zdrowy, w formie i pełni sił – z rodzicami wyjechał na długi, majowy weekend. Ciekawe, kto był spiritus movens tego przedsięwzięcia? Niech żałuje i Kuba, i tata zawsze obserwujący mecze syna, że nie widział tego, co mogliśmy zobaczyć. Bez zbytniej przesady można powiedzieć, że był to najładniejszy i najlepszy mecz naszych chłopców w trzecim już ligowym sezonie piłkarskich rozgrywek. Swym rozmachem, porywającą grą całej drużyny, wszystkich jej formacji i zawodników, przyćmił pierwszy mecz z TOP-em z sierpnia ubiegłego roku, a także mecze z puławską Wisłą u siebie (4:1) i w Łęcznej z Górnikiem (także 4:1) z czasów, kiedy trenerem BKS-u był Artur Aleksandrowicz. Pan Artur pojawił się też w sobotę. I kolejny już raz, także Pańscy wychowankowie, Panie Arturze, wywołali nie tylko u Pana wiele pozytywnych i pięknych wzruszeń.
   Zaczęło się od mocnego uderzenia „Beksy”. Już na początku drugiej minuty, Kuba Zagórski – po wykopie piłki przez Maksa – znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem, ale jego lob o centymetry minął prawy słupek bramki gości. Stało się jasnym, że receptą na wysoko grającą defensywę puławian będzie szybka gra kombinacyjna, i długie, prostopadłe piłki do zawodników ataku. Oni szczególnie musieli uważać, aby nie znaleźć się na pozycji spalonej. Gry kombinacyjnej i długich, prostopadłych podań chłopców uczył już trener Aleksandrowicz. Temat ten wałkował, doskonalił i ćwiczył trener Guściora. Jak stwierdził po meczu: „wreszcie zaskoczyło”. Można by dodać, że powróciło. W minionych sezonach wychodziło to bardzo dobrze, nie przypadkiem BKS zawsze należał do najbardziej bramkostrzelnych zespołów.
   W 4-tej minucie wydawało się, że padnie bramka. Asekurujący się – tym razem szybcy, bezbłędni stoperzy – Łukasz Jaśkiewicz i Paweł Baran – przerwali ofensywną akcję gości na wysokości naszego pola karnego, po jego lewej stronie. Piłkę przed 16-ką przejął Łukasz Wiech i podał ją do środka, do Kuby Kędzierskiego. „Raul”, który sam mógłby powiedzieć o sobie: „forma powróciła”, wykorzystując szybkość i zwody przedzierał się przez ustawione na linii środkowej biało czerwone, obronne zasieki. Zagrał do „Kyla”, który z klepki odegrał do Kuby. Po prawej stronie, lekko za Kubą pędził wychodzący na czystą pozycję Paweł Rekiel – który z kolei poważnie potraktował radę trenera, by jak kiedyś biegać, nie człapać. „Raul’ zagrał mu w tak zwane tempo, Paweł naciskany przez obrońcę wjeżdżają w pole karne oddał strzał po ziemi z jego linii: piłka, jak w przypadku akcji Kuby Zagórskiego o centymetry minęła prawy słupek bramki gości. Seria, celnych, mądrych, szybkich zagrań przyniosła drugą już „setkę”. Oglądając nagrany film oprócz pokrzykującego, doradzającego na gorąco trenera, słychać ciągle widzącego grę Maksa: „Spokój Raul! W lewo Roni! Nie wchodź dalej Paweł!”.
   Niewykorzystane sytuacje się mszczą – o starej prawdzie przypomniała 5 minuta. Interweniujący przed polem karnym „Maksio” nie miał czasu wrócić między słupki, mógł tylko przyglądać się, jak piłka uderzona z daleka lobem podąża w kierunku bramki. Na nasze szczęście minęła nasz lewy słupek. Kto wie, jakby wyglądał mecz, gdyby to wpadło... Chociaż po tym, co zobaczyliśmy, na „Beksę” tego dnia nie byłoby chyba mocnych...
   W 10 minucie mogliśmy przypomnieć sobie, że „do trzech razy sztuka”. Bramkarz Wisły długim wykopem wznowił grę. „Wiechu twoja!” – krzyknął współdowodzący na boisku generał Maksymilian Żuber. Trzeba przyznać, że pozostający w sztabie, Wódz Naczelny seledynowego wojska, „marszałek” Cezary Guściora, w osobie bramkarza znajdującego się bezpośrednio na polu bitwy, znajdował uzupełnienie i wsparcie dla wydawanych przez siebie wskazówek, po wojskowemu mówiąc rozkazów i komend. Kto nie wierzy, mogę użyczyć nagranego materiału. Współbrzmiały ze sobą i współgrały okrzyki trenera i Maksa. Ich słuchanie i oglądanie nagranego meczu były naprawdę interesującym doświadczeniem. Maksi! Widzisz i rozumiesz na boisku wiele. Za trenerem Czarnych Zabrze (Jan Englert) z „Piłkarskiego pokera” można by powtórzyć: „Ty masz głowa chłopie, ty masz głowa!”
    „Łuki” stosownie do rozkazu, przejął wybitą piłkę. Kilka szybkich podań wymienionych między „seledynowymi” (Wiech, Gładosz, Wrzesiński), spowodowało, że „Zagór” mógł zatańczyć lewą stroną, odegrać do „Seby” z lewego narożnika boiska, Sebastian przedłużyć podanie do stojącego przed polem karnym Gładosza. Po jego strzale piłka o centymetry minęła lewe okienko bramki Wisły. „Trzecia sytuacja! Prawie setka!” – z niedowierzaniem zdołał wyrzucił z siebie fotograf drużyny, Marek Sikora.
   W 12-tej minucie – nie jak grom z jasnego nieba – padła pierwsza bramka. Poprzedziło ją nie uznanie gola zdobytego przez Kubę Zagórskiego – sędzia zasygnalizował pozycję spaloną podającego, Pawła Rekiela. Powtórka wskazuje jednak, że spalonego nie było! Wiślacy wznowili grę z lewego narożnika pola karnego. Maks nie przestawał komenderować: „Wiechu cofnijcie, jeszcze cofnijcie!” Wybitą piłkę w środku pola, na naszej połowie przejął Sebastian Wrzesiński. Jego rajd szybko powstrzymał „biało czerwony”, któremu piłkę natychmiast odebrał „Raul”, błyskawicznie odgrywając do Krzyśka Gładsza. „Kylo” podał w tempo do wychodzącego na czystą pozycję Pawła Rekiela. Paweł „na szybkości” minął wybiegającego bramkarza i wykończył to, czemu początek dali koledzy. BKS prowadził 1:0. „Widziałem to już. Krzysiek podniósł głowę i Pawłowi na wolne pole zagrał!” – powiedział uradowany nasz fotograf. Nic dodać, nic ująć!
   W 14 minucie odwróciły się role. Tym razem „Rekielek” ostatnim, otwierającym drogę do bramki podaniem uruchomił „Kyla”. Na środku naszej połowy interweniował Łukasz Jaśkiewicz. Popisał się celnym, kilkudziesięcio metrowym krosem na lewo do Sebastiana Wrzesińskiego. Gdy Sebastian czysto przyjął piłkę, zbiegając do lewej linii bocznej, obronną linię „wiślaków” rozciągał Kuba Zagórski. Zrobił to tak, że „Seba” mógł swobodniej zagrać do środka, do Pawła Rekiela. Paweł przyjął piłkę i odegrał ją „w tempo” do Krzyśka Gładosza: jego strzał z pierwszej piłki, oddany lewą nogą z linii pola karnego przyniósł drugiego gola: piła wpadła tuż przy lewym słupku bramki Wisły. Było 2:0, a BKS grał tak jak jesienią.
   Bez nadmiernej egzaltacji, można by dodać: seledynowi grali jak natchnieni. Wszyscy! Defensywa, druga linia, atak. W roli prawego obrońcy doskonale radził sobie „Roni”, „Kylo” z Łukaszem Wiechem przerywali akcje gości, konstruowali zaczepne. Do ofensywnych akcji włączał się Grzesio Trela. Bez błędu, agresywnie, lecz sportowo grali stoperzy, „nie palił” atak.
   W 23 minucie, Paweł Baran przed polem karnym z naszej lewej strony boiska, przerwał akcję gości. Podał piłkę do środka, do „Budynia”. Łukasz skierował ją jeszcze bliżej centrum placu gry, do Krzyśka Gładosza. Krzysiek – ze środka naszej połowy, kilkudziesięciometrowym podaniem na prawo „wypuścił” Pawła Rekiela. Paweł nabierał szybkości uciekając przyklejonym do niego obrońcom. Jeszcze kiedy „gała” leciała nad murawą, nasz fotograf krzyknął: „Bardzo dobrze, więcej takich piłek!” I to, co nie powiodło się Pawłowi w 4-tej minucie, udało się tym razem: piłka uderzona już z pola karnego, tuż przy „długim” słupku wpadła do siatki.
   W 28 minucie, po rajdzie Zagóra” lewą stroną i jego uderzeniu z ostrego kąta, piłkę z linii bramkowej wybił obrońca. Przegrywając 3:0 Wisła nie odpuszczała. W ostatniej minucie pierwszej połowy, interweniujący „Roni” sprokurował rzut karny dla gości. Dodatkowo sędzia na 5 minut wykluczył go z gry. Drugą połowę mieliśmy więc zacząć w osłabieniu. Najprawdopodobniej – tak wszystkim mogło się wydawać – prowadząc już tylko 3:1. Ale Maksio nie stracił pewności siebie. Wyciągnięty jak struna w prawo zdołał sparować uderzoną przy słupku piłkę. Pozostaje mieć nadzieję, że rację miał nasz fotograf mówiąc wówczas: „A ty wiesz, że złapałem to?”
   Drugą połowę, grając w osłabieniu, BKS zaczął od mocnego – dosłownie i w przenośni – uderzenia. W 40 minucie – po długim, prostopadłym podaniu „Budynia” - Kuba Zagórski wyprzedził obrońców, naciskany przez dwóch defensorów „wjeżdżał” w „16-kę”, jednak jego strzał, wyciągnięty jak Maks przy karnym, zdołał sparować bramkarz. „Beksa” egzekwowała rzut rożny. Jak zwykle – ładnie, elegancko i celnie – zrobił to etatowy wykonawca „rogów”, Sebastian Wrzesiński. Obrońca gości – nic innego właściwie nie mógł uczynić - wybił głową piłkę przed pole karne. Przyczajony przed nim Paweł Baran uderzeniem z ponad 20 metrów – piękny, czysty wolej z pierwszej piłki – podwyższył na 4:0. Piłka wpadła przy prawym słupku „wiślaków”.
   W 55 minucie meczu miała jedna z najładniejszych akcji meczu. Można tylko żałować, że „to nie wpadło”. Wszystko rozpoczął nasz bramkarz podając piłkę do filigranowego, ale i walecznego Pawła Warownego. „Roni” przedłużył podanie do „Raula”, Kuba Kędzierski „szarpnął” wzdłuż prawej linii boiska i dośrodkował do Pawła Rekiela. „Rekielek” sprytnie przepuścił piłkę do biegnącego z lewej strony „Zagóra”. Kuba podaniem jeszcze bardziej rozciągnął grę i podał do Sebastiana Wrzesińskiego. Jednak jego strzał z „pierwszej piłki”, oddany z narożnika pola karnego o kilka centymetrów minął lewy słupek bramki Wisły. Szybka, dynamiczna, ładna, płynna akcja, zapoczątkowana wznowieniem gry z naszej prawej strony boiska przez Maksymiliana, zakończona strzałem oddanym z lewego narożnika rywala. Bramkarz gości nawet nie interweniował, stał jak zaczarowany, po prostu patrzył.
   Piąta bramka – tak jak czwarta padła z rzutu rożnego. Poprzedziło go uderzenia Pawła Barana, z tak „na oko” 30 metrów. Piłkę zmierzającą w swoje prawe okienko zdołał wyciągnąć bramkarz przerzucając ją nad poprzeczką. Rzut rożny, jak zazwyczaj, egzekwował Sebastian Wrzesiński. Zgrał się w czasie i przestrzeni lot precyzyjnie uderzonej przez niego piłki oraz potężny wyskok oraz uderzenie głową szczupłego, nie za wysokiego Pawła Rekiela. Piłka trzepotała w siatce, bramkarz gości opadał na murawę z wyciągniętymi wysoko rękami. Dośrodkowania nie przechwycił…
   Gdy mecz dobiegał końca, pozostawała jeszcze minuta gry, „Bekaesiacy” i ich kibice byli już zadowoleni. Wreszcie drużyna zagrała na miarę swoich możliwości! Ale jak się okazało, nie był to jeszcze koniec. W ostatniej minucie, w polu karnym sfaulowany został wychodzący na czystą pozycję Sebastian Wrzesiński. Tym razem skutecznym egzekutorem był sam poszkodowany. Co niektórzy, gwizdek sędziego, pokazującego na środek boiska po golu, wzięli za koniec meczu. Tak jednak nie było. Nie był też to koniec strzeleckiego festiwalu seledynowych: Szymon Szawara, uderzeniem zza lewego narożnika pola karnego, zakończonym naszym „lewym okienkiem” zdobył 7-mą bramkę. I tak zakończył się ten mecz.
   Obawiali się go chyba wszyscy. Wisła zawsze była, jest i pozostanie dobrą, poukładaną drużyną. Na boisku robiła, co mogła, ale tego dnia, mało kto przeciwstawiłby się „seledynowym”. Trzeba przyznać, że coś – czego naprawdę niewiele brakowało w trzech wiosennych meczach – zaskoczyło i zaowocowało. To coś, ze swej natury i sposobu bycia jest trudno uchwytne, nie daje się łatwo wyrazić, opisać i zwerbalizować. To coś, tajemniczy, piękny błysk unosił się nad drużyną od pierwszego meczu rundy rewanżowej. Przejawiał się w Łukowie, chociaż rozwiewał go porywisty wiatr. Zapowiadał siebie i odchodził w czasie meczu z GKS Bogdanka. Teraz przyszedł i zstąpił. Czy na długo, tego nie wie nikt. Tutaj granice – tak jak w ludzkim świecie - chociaż rozmyte potrafią być zarysowane wyraźnie i ostro. Tak jak obok siebie pozostają tak bardzo ludzkie nienawiść i miłość, dobro i zło, kłamstwo i prawda. Chociaż oddziela je bezdenna przepaść, są bardzo blisko. W świecie tym, nie jak w technice – jak w sporcie – osiągnięcie któregoś z dóbr, nie daje żadnej gwarancji, że się przy nich wytrwa i pozostanie. Że będzie się im wiernym, że same czasowo nie odpłyną i nie odlecą. Czasami trudząc się, trzeba na nie cierpliwie czekać. Tą życiową, mądrą, moralną, etyczną, religijną i metafizyczną zasadę, piłkarska mądrość wyraża dosadnym zdaniem: „jesteś tak dobry, jak ostatni mecz”. Z Wisłą już się skończył. Trzeba dalej wysilać się, trenować i walczyć.
   Dla takich właśnie meczów i takiej gry warto zaciskać zęby i robić to, nawet gdy nie idzie. To coś, co przychodzi, jest wymagające, można by powiedzieć, nawet kapryśne. Ale wcześniej czy później przyjdzie zawsze tam, gdzie jest godziwa, dobra wola walki, zmierzenia się z sobą, udoskonalania się w tym, co buduje każdego w jego stawaniu się chłopcem, mężczyzną, człowiekiem. Właśnie dla tego warto uprawiać sport, traktować go poważnie, pracować i walczyć. A „Olszówce”, jego przesympatycznym Rodzicom można powiedzieć: „warto było zostać i na długą majówkę wyjechać po meczu”. Taki, jak z puławską Wisłą, nieprędko może się powtórzyć. Każdy z chłopców, indywidualnie i jako drużyna zagrali bardzo dobrze!

Andrzej Rekiel

BKS Lublin – Wisła Puławy 7:0 (3:0), bramki dla BKS zdobyli: P. Rekiel (12, 23 i 58 minuta), K. Gładosz (14 min.), P. Baran (40 min.), S. Wrzesiński (69 min.), Sz. Szawara (70 min.)

BKS Lublin: M. Żuber, P. Warowny, Ł. Jaśkiewicz, P. Baran, G. Trela, J. Kędzierski, Ł. Wiech, K. Gładosz, S. Wrzesiński, P. Rekiel, J. Zagórski.
Zagrali także: M. Sikora, P. Dolar, Sz. Szawara, P. Karwat.




BKS Lublin - Wisła Puławy    7 - 0


                                          [Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                                                  


16.04.2011 Mecz z Górnikiem Łęczna

   Problemem, jaki pojawił się przed meczem z GKS Bogdanka, stała się obsada, w każdej drużynie, nawet profesjonalnej, zawsze newralgiczna pozycja bramkarza. Często, trzeba przyznać zasadnie, przypisuje się mu miano „ostatniej instancji”, zdolnej zneutralizować, krótsze lub dłuższe pasmo bardziej lub mniej poważnych błędów prowadzących do utraty gola. Zazwyczaj nie padają one jak grom z jasnego nieba, najczęściej są konsekwencją ciągu wydarzeń. Z racji szczególnej roli w każdym zespole – bramkarskie pomyłki są nienaprawialne – gra na tej pozycji wymaga szczególnych, kształtowanych latami predyspozycji psychicznych i rzeźbionych, często w błocie, sportowych umiejętności. Drodze wiodącej do tego typu mistrzostwa, bardzo często, wręcz w sposób konieczny towarzyszą chwile trudne, pomyłki i błędy. Ktoś, kto zna sportowy szlak Jana Tomaszewskiego, musi widzieć nie tylko Wembley, czy 1974 rok, ale choćby poprzedzający te lata mecz z ówczesnym NRF, po którym bardziej radykalni kibice żądali jego głowy, bardziej wyrozumiali godzili się na banicję „Tomka”. Wytrzymał wszystko stając się później jednym z najlepszych bramkarzy ówczesnego świata.
   „Bramkarski problem” był nie tylko konsekwencją jednego zdania za dużo wypowiedzianego przez Maxa po ostatnim gwizdku w Białej. Pierwszy mecz u siebie, trzecia kolejka rewanżowej rundy, był drugim i ostatnim w jakim – choć zdrowy, sprawny, jak to się mówi w formie, zapewne chcąc - nie mógł grać. Taka była kara nałożona przez Wydział Dyscypliny LOZPN. Na pytanie „czy zagra Bartek?” – w piątkowy wieczór nie sposób było odpowiedzieć. Do zadawnionej, przypominającej o sobie kontuzji kostki, doszedł uraz odniesiony na zajęciach wf-u. Na piątkowym treningu Bartka zabrakło, czy zjawi się w sobotę, tego nie wiedział nikt. A trzeciego golkipera nie ma i nie było... Może jesienią wobec „Świetli” popełniono jakieś błędy, może zabrakło mu zdecydowania, cierpliwości, w czasach programowego hedonizmu, złowrogiej, groźnej, nieludzkiej ideologii „take it easy”. Zabrakło czegoś, co nazywa się wolą.
   Bartek, w czarnym uniformie, stanął między słupkami. BKS wdział na siebie „seledynki”, goście zagrali na biało. Wydawało się, że będzie dobrze... BKS od pierwszych minut zaatakował. W czwartej minucie mogła paść pierwsza, ładna bramka. Po dośrodkowaniu Pawła Rekiela z prawej strony, Sebastian Wrzesiński silnie uderzył z pierwszej piłki, ale przeleciała ona nad poprzeczką. Spokojem i opanowaniem wykazał się też Bartek chwilę po tym zwyciężając w sytuacji sam na sam. Niepokoił w niej fakt, że dwóch białych ograło piątkę niemrawych seledynowych. Wcześniej „Beksa” skutecznie zastosowała pułapkę offsajdową. Później też, kilka razy zrobiła to pewnie i nieźle.
   W 8 minucie lewą stroną „szarpnął Zagór”, w 9-tej K. Gładosz – będąc w idealnej pozycji do oddania strzału (lewy narożnik pola karnego) - powinien chyba uderzać (potrafi to robić), a nie podawać do wychodzącego z lewej strony Kuby.
   W 12 minucie zaczął się dramat BKS. Goście z Łęcznej egzekwowali rzut wolny z ponad 30 metrów z naszej prawej strony. Był on konsekwencją zagrania ręką przez Ł. Wiecha po nieudanym przyjęciu piłki. „Wiecho” – nie tylko on – wygląda jakby był znużony piłką i nią zmęczony. Bramkarz ustawił mur i stojąc na linii strzału przepuścił piłkę między dłońmi i nogami. Tak padła bramka z „niczego”, chociaż trzeba przyznać uderzenie było ładne, celne i silne.
   Odpowiedzią było wejście „Zagóra” w pole karne – gdyby piłka zagrana do niego przez Wiecha była dokładniejsza, Kuba byłby w sytuacji sam na sam. Niestety, bramkarz GKS-u miał bliżej, był szybszy gdyż podanie było ciut za mocne. BKS przeważał i atakował non stop nie stwarzając jednak klarownych, pachnących bramką sytuacji. W 24 minucie zza pola karnego uderzył Paweł Rekiel, piłka minęła prawy słupek. Goście z trudem opuszczali własną połowę. Oddali w niej 3 strzały w światło bramki zdobywając jednego gola.
   Drugie 35 minut zaczęło się naszą „setką”. W 38 minucie, po podaniu „Kyla”, Wrzesiński, z lewej strony pola karnego, znalazł się w sytuacji sam na sam, ale po jego strzale w „długi róg” piłka musnęła słupek z niewłaściwej strony. Wyrównanie padło 7 minut później. Rajd K. Gładosza, prawą stroną boiska, jego dośrodkowanie na bramkę zamienił „Seba”. Było 1:1, wydawało się, że goście, wcześniej czy później „pękną”.
   W 48 minucie, na wysokości naszego pola karnego, z naszej lewej strony wrzucaliśmy piłkę z autu. Nawet ten, pozornie mało znaczący i banalny element gry powinien być wykonany z rozmysłem i starannie. Dotyczy to wrzucającego i przyjmującego. Tym razem tak nie było. Aut rzucony był niestarannie i „Kylo” miał problem z przyjęciem piłki, co zmusiło go to do biegu wszerz boiska, ku jego prawej flance. Gładosz podał do „Olszówki”, Kuba – odegrał posłał ją do „Roniego”, jeszcze bliżej bocznej linii boiska. W tym momencie zareagował trener krzycząc: „Kuba! Grasz za lekko, przeciwnik ma bliżej. Roni! No taka sama sytuacja!”
   Piłkarz z Łęcznej wyprzedził Pawła Warownego, a interweniujący „Olszówka” sfaulował „białego”. GKS miał egzekwować rzut wolny, przy bocznej linii boiska z naszej prawej strony. Do bramki pozostawało ponad 30 metrów. Ciąg i pasmo niedokładnych, nie przemyślanych zagrań zakończył się wrzuceniem piłki za „kołnierz” Bartkowi. BKS przegrywał 1:2. Mimo drugiej, tak straconej bramki, po jakiej można się załamać, BKS wyrównał po dwóch minutach. Kuba Zagórski, po indywidualnej akcji przeprowadzonej lewą stroną boiska, podczas której ograł dwóch rywali, „wypuścił” Sebastiana Wrzesińskiego, który nie zmarnował sytuacji sam na sam strzelając w długi róg. Tym razem powiodła się kopia akcji z 38 minuty.
    W 55-tej, po faulu na „Olszówce”, K. Gładosz zza lewego narożnika pola karnego uderzył nad poprzeczką. Odpowiedzią GKS-u była sytuacja sam na sam i piłka sparowana na róg przez Bartka. Ta skuteczna i dobra interwencja zapoczątkowała niezrozumiały, trzeci akt dramatu seledynowych. Trudno powiedzieć, co – po dośrodkowaniu - chciał zrobić z piłką Bartek. Mógł wszystko! Mógł ją wybić, piąstkować, zagrać jak przyjmujący zagrywkę siatkarz. Niezdecydowany musnął ją tylko. Zakotłowało się, „Budyń” – też jakby od niechcenia – wybił piłkę przed pole karne. Jak kończą się takie zagrania, przekonało się już wiele, nawet tak zwanych wielkich drużyn! Uderzoną z woleja piłka zatrzymała siatka bramki gospodarzy. Po trzeciej, w nieprawdopodobnie dziecinny sposób straconej bramce przegrywaliśmy 2:3!
   W 57 minucie była szansa na remis. K. Gładosz, egzekwując rzut wolny zza lewego narożnika pola karnego trafił w poprzeczkę, po chwili Bartek po raz trzeci – pokazując drzemiący w nim bramkarski potencjał – wygrał pojedynek sam na sam. W 62 minucie, zza pola karnego potężnie uderzył Ł. Wiech trafiając niestety w bramkarza. Po chwili było już po tak zwanej „herbacie”.
   Byłoby dobrze, gdyby powtórkę tej sytuacji – zresztą nie tylko tej – obejrzała cała drużyna. Była to kopia ostatniej bramki straconej w Białej. Gwizdek sędziego, rzut wolny dla gości, piłka kopnięta przed siebie po jej przyłożeniu do murawy i najmniejszy na boisku zawodnik gości wyprzedził rosłych stoperów wykorzystując sytuację sam na sam. To był już koniec!
   Mecz z Łęczną był tak zwanym meczem prawdy. Nie chodzi bynajmniej tylko o to, że jak się wydaje, przynajmniej na razie dał odpowiedź na sportową perspektywę drużyny. Założony - chyba na wyrost - cel, który pojawił się po passie naprawdę dobrej gry jesienią, jest raczej nierealny. Drużyna – zwłaszcza w grze obronnej – gra źle. Przede wszystkim dlatego, że popełniane są kardynalne, szkolne wręcz błędy wynikające chyba z cech mentalnych. Ich wspólnym mianownikiem jest niezbędne w grze zdecydowanie i doza sportowej agresji. Brak też koniecznego przewidywania i wyobraźni. Piłka nożna – kolejny raz powtarzam tą myśl – jest mechaniką precyzyjną. Na konstrukcję drużyny - nie ujmowanej statycznie obiektywem aparatu, ale skomplikowany mechanizm w ruchu, czasie, walce i grze – składa się cała masa bardziej i mniej widocznych czynników, współgrających ze sobą elementów fizycznych, duchowych i psychicznych.
   Prawdziwość tego spotkania polega przede wszystkim na tym, że jak żaden inny ukazał subtelne i delikatne związki wiążące człowieka z tak zwanym światem. Są one skryte, niemniej znaczące i ważne. Tworzą delikatną sieć powiązań, sensów i znaczeń. Widzenie, dostrzeganie ich całości można nazwać prawdą.. Jej postrzeganie rodzi mądrość. Jest ona czymś zupełnie innym od wiedzy i wykształcenia. Myślę, że po tym meczu, a także powiązanym z nim wydarzeniem w Białej dostrzegliście coś, co pozwoli wam być piłkarsko i życiowo mądrzejszym. I grać dobrze, ładnie, mądrze, co pozwoli zwyciężać i wygrywać. Bo to, jak pokazaliście jesienią, umiecie i potraficie. A przegrywać z po prostu lepszym, a nie na własne życzenie. W tej rundzie, w trzech meczach, stało się to już drugi raz.

Andrzej Rekiel

BKS Lublin – GKS Bogdanka 2:4 (0:1), bramki dla BKS: S. Wrzesiński (45 i 50 minuta).

BKS Lublin: B. Klimek, G. Trela, Ł. Jaśkiewicz, P. Baran, J. Olszewski, J. Kędzierski, Ł. Wiech, K. Gładosz, S. Wrzesiński, P. Rekiel, J. Zagórski.
Grali ponadto: A. Szymanek, J. Wąsik, P. Warowny, P. Karwat, P. Dolar.





BKS Lublin - Górnik Łęczna    2 - 4


                                          [Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                                                  


11.04.2011 Mecz z Orlętami Łuków

   Już we czwartek – chociaż rewanż z „Orlętami” w Łukowie miał odbyć się w sobotę – stało się pewnym, że będzie to wyjątkowy mecz. Powodem tego była przede wszystkim pogoda, która mówiąc językiem meteorologii „załamała się” i po ciepłych, wiosennych dniach przypomniała o sobie odchodząca zima. Niebo przesłoniły ciemne chmury, z których podczas czwartkowego i piątkowego treningu spadł intensywny deszcz, lało nocą z piątku na sobotę. Ale nie tylko chłód i grząskie boisko mogły wpłynąć na przebieg gry! Do tego młodzi piłkarze BKS-u, w trzecim już sezonie ligowej piłki z pewnością się przyzwyczaili. Wystarczy przypomnieć przeraźliwy chłód i wygraną na boisku przy Politechnice w ostatniej minucie meczu z Sygnałem w Lidze Młodzików Młodszych, czy też zwycięstwo odniesione przed rokiem w Poniatowej, gdzie boisko przypominało lepką, bagnistą maź. Tym razem – po raz pierwszy – piłką mieli grać nie tylko zawodnicy, ale bardzo silny wiatr. W zależności od kierunku, jego stałości czy zmienności, mógł pomagać lub też przeszkadzać na przemian jednym i drugim, lub – gdyby był kapryśny i zmienny jak sobotnia pogoda - „rzucać kłody pod nogi” jednej tylko drużynie. Dla jadącego do Łukowa BKS-u była to pierwsza niewiadoma.
   Na miejscu okazało się, że wiatr jest stały, silny, zimny i bardzo mocny. Za jedną z bramek, w jednym, wyróżnionym kierunku wyginały się wysokie brzozy. Za drugą, współczesną świątynię Baala i Złotego Cielca zbudował niemiecki Lidl. Gięta wiatrem kępa białych, dziwnych drzew, jedynie chwilowo skłaniała swe pnie i gałęzie przed światem kolorowej, zwodniczej iluzji marketu.
   Pierwszym wyzwaniem stało się więc wygranie losowania. Ta potyczka – przez gości grających w „biało czerwonej szachownicy” – została przegrana. Przyszło grać pod chwilami wręcz huraganowy wiatr. W pierwszej połowie sprzyjać miał grającym w czerwonych strojach gospodarzom. Jednak już pierwsza akcja „Beksy” mogła zakończyć się golem. Kuba Zagórski uderzył zza linii pola karnego, piłka przeleciała nad poprzeczką. „Ostrzej trzeba uderzyć, żeby nie szła do góry!” – krzyknął trener Guściora.
   W trzeciej minucie garstce zziębniętych kibiców BKS-u – trudno uwierzyć, ale na przenikliwym chłodzie prezes Żuber oglądał już drugi mecz - mocniej zabiły serca. Przed polem karnym sfaulowany został „Zagór”. Do wykonania rzutu wolnego przygotowywał się wszak znany z silnego i celnego strzału K. Gładosz. Tym razem piłka minęła bramkę.
   Od tego momentu na boisku było coraz więcej bałaganu, chaosu i przypadku. „Orlęta”, wykorzystując sprzyjający wiatr, grały piłkę najprostszą z możliwych uderzając – najczęściej niecelnie - w kierunku bramki skąd tylko się dało. Piłkę zmierzającą w jej światło wyłapywał interweniujący pewnie Bartek. Mogę sobie tylko wyobrazić towarzyszące mu, obecne w nim emocje. Między słupkami stanął przecież po dłuższej przerwie wywołanej kontuzją kostki, w sytuacji kiedy pozostał jednym bramkarzem. Jako ostatnia instancja był zdany tylko na siebie, w razie czego nie mógł liczyć na zmianę. Za ten mecz, rozegrany w szczególnej sytuacji kadrowo - psychicznej, Bartkowi należą się brawa.
   W 23 minucie BKS otrzymał niespodziewany prezent. Po jednej z ofensywnych zagrań gości, łukowski bramkarz bez problemu wyłapał piłkę wykopując ją przed siebie. Zainicjowaną w ten sposób akcję przerwał gwizdek sędziego. Wszyscy byli przekonani, że odgwizduje pozycję spaloną napastnika gospodarzy. Stało się jednak inaczej. Sędzia liniowy zauważył, że bramkarz gospodarzy przekroczył linię pola karnego. BKS miał egzekwować rzut wolny. Podczas gdy trwały przepychanki między „Zagórem”, a murem obrońców, K. Gładosz ustawiał piłkę. Interweniował sędzia cofając „czerwoną zaporę” na przepisową odległość. „Kylo” uderzył płasko, po ziemi i piłka wpadła do siatki tuż przy prawym słupku. Prowadziliśmy 1:0!
   W 27 minucie miała miejsce ładna – chyba jedyna, o której tak można powiedzieć – akcja meczu. Zapoczątkował ją zdobywca pierwszej bramki, długim prostopadłym podaniem „pod wiatr” na lewą stronę boiska uruchamiając „Zagóra”. Kuba ograł dwóch obrońców i dośrodkował w pole karne. W momencie podania „Rekielek” wyszedł przed obrońcę zachowującego się zgodnie z kanonem gry obronnej w kierunku dryblującego kolegi – stoper czerwonych blokował linię Zagórski – Rekiel i strzałem z pierwszej piłki, lewą nogą umieścił piłkę pod poprzeczką. Prowadziliśmy 2:0 mając w perspektywie grę z wiatrem w drugiej połowie.
   Jeszcze w pierwszej mogły paść dwie bramki. W 31 minucie kolejny raz obrońców ograł Kuba Zagórski, ale próbował strzelać zamiast podać do nie pilnowanego „Kyla”, a w ostatniej, strzał Pawła Rekiela oddany z najbliższej odległości – po zamieszaniu w polu karnym wywołanym rzutem rożnym – znanym sobie sposobem obronił bramkarz. Wyglądało jakby powtarzała się runda jesienna, gdy BKS prowadząc do przerwy, wygrał 8:2. Liczyliśmy przede wszystkim na celne uderzenia z dystansu. Zawodników dysponujących soczystym uderzeniem przecież nie brakuje. Wystarczy wspomnieć K. Gładosza, P. Barana, Ł. Jaśkiewicza, G. Trelę, Ł. Wiecha czy Kubę Zagórskiego. Niestety, poza kilkoma strzałami „Kyla” oddanymi prosto w bramkarza nic takiego nie nastąpiło. „Beksa” grała słabo i chaotycznie. Choć pod wiatr, nie mogły wzbić się „Orlęta”. Druga połowa w wykonaniu obu drużyn była brzydkim widowiskiem. Dla BKS-u, od 37 minuty, nerwowym. Właśnie wtedy doszło do niepotrzebnej straty piłki przed polem karnym gospodarzy. „Nie przez środek!” – krzyknął trener jakby przeczuwając nadchodzące nieszczęście.
   Straty piłek w ofensywie w pobliżu bramki przeciwnika w piłce nożnej są czymś normalnym. Gdyby było inaczej, mielibyśmy wyniki charakterystyczne dla piłki ręcznej czy koszykówki. Ale jest jeszcze druga linia i obrona! I nawet na poziomie trampkarzy dziwi sytuacja, w której obok napastnika, kilkadziesiąt metrów, jakby towarzysząc, biegnie trzech rywali, pozwala celnie podać piłkę do kolegi „zabezpieczanego” przez trzech obrońców, a ci pozwalają mu znaleźć się w sytuacji sam na sam z bramkarzem i zdobyć gola. Zapis filmowy nie kłamie: 2-ka „czerwonych” ograła 6-kę „biało czerwonych”. Kolejny raz zabrakło zdecydowania i sportowej agresji. Z tego powodu, już do końca było i nerwowo, i brzydko. Ale zwycięstwo było jak najbardziej zasłużone.
   Trudno oceniać mecz toczony naprawdę w ekstremalnych warunkach. Choć zwycięski, w wykonaniu BKS-u był dużo słabszy niż przegrana w Białej. Trzeba chyba zgodzić się z oceną trenera, że w Łukowie, nie było nawet 5 minut takiej gry, jak w Białej Podlaskiej. Należałoby chyba dodać, że taki sam brak zdecydowania w grze obronnej skutkował straconą bramką.
   Przed BKS-em dwa ważne i trudne występy u siebie. Do Lublina przyjadą goście z Łęcznej i Puław. Te mecze mogą dużo powiedzieć o sportowej perspektywie drużyny w jej już trzecim ligowym sezonie. Wyniki rundy jesiennej są tylko historią. Sprawa byłaby prosta, gdyby o przyszłości decydował jej wiatr... Niestety, albo raczej na szczęście, sport jest tą sferą ludzkiej aktywności, gdzie historia jest czymś naprawdę zamkniętym i nie musi się powtarzać. W życiu jednostek i zbiorowości, jej słabsze lub silniejsze powiewy nieprzerwanie przenikają teraźniejszość i przyszłość, tworząc ich nierozerwalną całość, jedność i więź.

Andrzej Rekiel

Orlęta Łuków – BKS Lublin 1:2 (0:2), bramki dla BKS zdobyli: K. Gładosz (23 minuta) i P. Rekiel (27 minuta).

BKS Lublin: B. Klimek, G. Trela, P. Baran, Ł. Jaśkiewicz, J. Olszewski, J. Kędzierski, Ł. Wiech, K. Gładosz, S. Wrzesiński, P. Rekiel, J. Zagórski.
Grali ponadto: J. Wąsik, P. Warowny, P. Dolar, P. Karwat, A. Szymanek.




Otlęta Łuków - BKS Lublin    1 - 2


                                                                                          [Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                              

27.03.2011 Mecz z TOP-em

   W zależności od przyjętej, założonej, przestrzenno czasowej skali, podróż z Lublina do Białej Podlaskiej i z powrotem, może być uznana za długą lub krótką. Jak podczas każdej, coś interesującego można zauważyć, można niczego nie dostrzec. Biorąc pod uwagę rewanżową rundę rozgrywek północnej grupy Wojewódzkiej Ligi Trampkarzy Młodszych, miała to być najdłuższa i – jak zakładano – najtrudniejsza wyprawa. W przedmeczowych rozważaniach i dywagacjach decydująca o ostatecznym kształcie tabeli. Do wicelidera jechał przecież niepokonany jesienią lider, a podlasko – lubelski duet, na półmetku, pozostawił daleko w tyle inne drużyny. BKS – remisując jesienią jeden mecz stracił tylko dwa punkty - wyprzedzał TOP, który w Lublinie przegrał jedyny raz.
   Nastroje naszych zawodników były dobre. Na atmosferę panującą w wygodnym, zielonym mercedesie nie wpłynęła zanadto wiosenna zmiana czasu. W niedzielny poranek trzeba było obudzić się wcześniej. Było trochę sennie, w monotonnej muzyce silnika, szumiącej jak wieczorne, szykujące się do snu morze nikły i tak ciche rozmowy. Paradoksalnie powrót był zupełnie inny. Milczał trener, kierownik drużyny, milczeli kibice – rodzice. Dużo częściej pracę silnika zakłócały salwy i wybuchy śmiechu chłopców.
   Powodów do optymizmu przecież nie brakowało. O stworzonych przez klub warunkach przygotowań – w tym miejscu trzeba koniecznie wspomnieć wice prezesa Mirosława Żubra – wiele drużyn nawet seniorskiej piłki mogłoby jedynie pomarzyć. Już od stycznia, po przyjeździe ze sportowego obozu, dwa, później trzy treningi na sztucznym boisku, przy rozpalonych halogenach, często we wręcz baśniowej, magicznej scenerii. Płonęły halogeny, rozpalone pozostawały okna wieżowców i budynków mieszkalnych na Czechowie. Czasami, w świetle jupiterów prószył śnieg lub siąpił deszcz..
   Wygrany sparing w Radomiu z zawsze silnym Legionem, mecze z Motorem i Klasą Piłkarską gimnazjum nr 16, lekcja gry udzielona przez rówieśników z Ukrainy... Wieści jakie dochodziły z Białej, o późnym opuszczeniu przez TOP sali gimnastycznej, dodawały pewności siebie. Niestety, ale chyba i zbytniej, zawsze groźnej, zwłaszcza w sporcie, pychy. Tylko trener zachowywał powściągliwość i spokój. Niepokoić mógł zwłaszcza odnowiony uraz Pawła Barana - dwa dni przed meczem ból przypomniał o sobie.
   Za przestronnymi szybami busa przesuwał się zimowo – wiosenny świat. Jeszcze w sobotę, chyba na pożegnanie zimy i powitanie wiosny, obficie sypnęło śniegiem. Jego płaty, roztapiane promieniami słońca, pozostały gdzie niegdzie na polach i w lasach. Zima splatała się z wiosną, to co minęło, odeszło, witało się z tym, co przychodziło. Historia w teraźniejszości spotykała się z przyszłością. Minęliśmy Kock – miejsce ostatniej bitwy wojny 1939 roku. Jeden drogowskaz, na skrzyżowaniu za miastem, pokazywał Białą Podlaską, drugi Dęblin. W pobliskim Ułężu było jedno z polowych lotnisk Brygady Bombowej, z którego we wrześniu 1939, na bombardowanie niemieckich kolumn pancernych podrywały się nowoczesne „Łosie”.
   Przychodziła na myśl nauczycielka życia: historia narodu i jego państwa, dzisiejsza, niejasna przyszłość, rządzący nim ludzie o niejasnej przeszłości i marnego, zarówno duchowego oraz intelektualnego formatu. Przez chwilę zastanowiłem się, ilu chłopców z BKS-u czy TOP-u, wie, że w II Rzeczpospolitej, właśnie w Lublinie i Białej Podlaskiej istniały wytwórnie lotnicze, a przyszłe asy lotnictwa myśliwskiego Polskich Sił Powietrznych II Wojny Światowej: np. Skalski, Łokuciewski, Urbanowicz, lotniczego rzemiosła uczyli się na bialskich, szkolnych PWS-ach? A ilu wie, że pierwsza polska wytwórnia lotnicza – od 1935 roku nazywana Lubelską Wytwórnią Samolotów – powstała w 1920 roku w mieście nad Bystrzycą? Jej hangary i lotnisko znajdowały się w okolicy dzisiejszej ulicy Wrońskiej i Drogi Męczenników Majdanka. W sierpniu 1939, wzbiła się z niego w powietrze udana, nowoczesna „Mewa”.
   W strategicznych planach rządu polskiego, lubelska fabryka miała produkować transportowe i pasażerskie samoloty. Niestety, jak na początku lat 30-tych minionego wieku przewidywał minister spraw zagranicznych, pułkownik Józef Beck, państwu polskiemu zabrakło dwóch lat, aby między dwoma bezwzględnymi wrogami przetrwać. Konsekwencje tego – kto wie jak długo jeszcze? – niesiemy do dziś. Wrogowie, choć dziś przemalowali gęby, pozostali.
   Trenera mogło niepokoić zdrowie „Baranka”, nas zaniepokoiła już pierwsza minuta. Przypominał się pierwszy mecz rundy wiosennej z 10 kwietnia ubiegłego roku... Tym razem „Maksio” - zachowując godny podziwu spokój - po raz pierwszy i nie ostatni wygrał pojedynek sam na sam.    Kolejną erupcję niepokoju poprzedziło kilkanaście sekund przedwczesnej radości. „Zagóra”, podnoszącego się z poszarzałej, zimowo – wiosennej murawy ściskał już Paweł Rekiel – przed chwilą, po jego zagraniu „z klepki”, Kuba został sfaulowany w polu karnym. Tym razem etatowy wykonawca „jedenastek”, Paweł Baran trafił wprost w bramkarza. W niewykorzystanych „setkach” wyrównaliśmy na 1:1, w meczu pozostało 0:0.
   Że coś jest nie tak z defensywą, ruchliwością i agresywnością obrońców, było widocznym od początku. Potwierdziła to 5-ta minuta. W zupełnie niegroźnej sytuacji „seledynowo - czarni” stracili pierwszego gola. Biało – czerwono – czarny „Topowiec”, z naszej lewej strony, na wysokości pola karnego wykonywał rzut z autu. Piłka, niedbale i bez przekonania wybita głową przez stopera przed pole karne, została wrzucona „Maksiowi” za tak zwany „kołnierz”. Zapis oglądany na wideo pozwala na stwierdzenie, że nie był to ani strzał, ani dośrodkowanie. Niesiona wiatrem „gała”, dziwną trajektorią, czymś pośrednim między lobem a „świecą”, zatrzepotała w siatce. Bramka stracona „z niczego”....
   W odpowiedzi BKS zaatakował stwarzając dwie sytuacje. W 10 minucie, strzał „wjeżdżającego” w pole karne „Rekielka” zdołał zablokować obrońca. W 14 minucie, z lewej strony pola karnego TOP-u, Kuba Zagórski zakręcił obrońcami, ale jego dośrodkowanie z linii końcowej boiska nie zostało zamienione na bramkę. Uderzenie Pawła Rekiela bramkarz zdołał sparować na róg. Wyłapał też piłkę przy lewym słupku zmierzającą do bramki po uderzeniu głową „Kyla” z rzutu rożnego wykonywanego przez Sebastiana Wrzesińskiego. W drugiej połowie, w taki właśnie sposób padło wyrównanie na 3:3.
   Sytuacja, mimo widocznej ociężałości rosłych obrońców, wydała się być opanowana. BKS atakował, ofensywne poczynania TOP-u kończyły się spalonymi. Każdy, co nieco obeznany z piłką wie, że to skuteczny, ale i ryzykowny sposób gry obronnej. Wymaga uwagi, agresywności i co najważniejsze - szybkości. Napastnicy gospodarzy, cały mecz, byli zdecydowanie szybsi. Dlatego też, w 23 minucie Max po raz drugi wygrał pojedynek sam na sam. Takie pojedynki zabarwiły ten mecz, zadecydowały też o jego dramaturgii. Kibice BKS-u widząc obronę dziurawioną piłkami rzucanymi do przodu, drżeli coraz bardziej.
   24 i 25 minuta mogły przynieść wyrównanie. Dwie ofensywne akcje, choć z dwóch stron pola karnego gospodarzy, przeprowadzone były podobnie. W pierwszym przypadku, prostopadłe podanie Krzyśka Gładosza do Sebastiana Wrzesińskiego było ciut za mocne i bramkarz zdecydowaną interwencją oddalił niebezpieczeństwo: Seba nie mógł minąć bialskiego golkipera i skierować piłki do pustej bramki. W drugim przypadku nie miał kto dobić sparowanego przez bramkarza uderzeniu Pawła Rekiela z prawego narożnika pola karnego. I zamiast 1:1 mieliśmy 0:2. Po tej właśnie, kolejnej, nieskutecznej ofensywnej akcji BKS-u, bramkarz gospodarzy wykopał piłkę przed siebie. Napastnik wyprzedził obrońcę i przerzucił ją ponad wychodzącym z bramki Maxem. Jeszcze w 31 minucie była szansa na zdobycie kontaktowego gola: „Kylo” zamiast strzelać z ostrego kąta z lewej strony boiska mógł zagrywać do nie obstawionych „Zagóra” czy Rekiela. Ale druga połowa – mimo straty w środku pola skutkującej utratą trzeciej bramki należała do „Kyla”. Po zmianie stron dla Krzyśka Gładosza jakby zaczął się mecz. Tak jak dla całego BKS-u. I gdyby nie dwie, tak samo stracone bramki, gdyby nie dwa szkolne błędy, z pewnością byłby wygrany.
   W drugiej połowie akcje ofensywne gości nabrały tempa, agresji i pomysłowości. Były szybkie i kombinacyjne. Coraz bardziej gubiła się defensywa TOP-u. Po jednej z takich akcji – jej motorem był „Kylo” - Sebastian Wrzesiński, uderzeniem pod poprzeczką z lewego narożnika pola karnego zdobył kontaktową bramkę w 46 minucie. Następne wydawały się być kwestią czasu. Wcześniej gole mogli zdobyć „Gelian” i Paweł Rekiel po dośrodkowaniu Kuby Zagórskiego z lewej strony boiska. Piłka nożna, choć jej teatrem jest płaszczyzna o powierzchni zbliżonej do 6 tysięcy metrów kwadratowych, jest swego rodzaju „mechaniką precyzyjną” - o powodzeniu decydują ułamki sekund i centymetry. Gdyby wchodzący w pole karne „Rekielek”, o kilka centymetrów był bliżej bramki, najprawdopodobniej piłka zatrzymałaby się w siatce. Na miano filmowej zasłużyłaby bramka G. Treli: piłka uderzona z ponad 20 metrów, zza lewego narożnika pola karnego, z niewłaściwej strony musnęła poprzeczkę.
   Naprawdę filmowa była bramka K. Gładosza zdobyta w 51 minucie. Efektem jego uderzenia z około 25 metrów było lewe okienko bramki TOP-u. Tym sposobem „Kylo” zrehabilitował się za wcześniejszy błąd: niepotrzebna i głupia strata w środku pola (49 minuta), skutkowała kolejną sytuacją sam na sam i utratą trzeciej bramki. Wyrównanie padło w 65 minucie. Najprościej byłoby powiedzieć, że po kolejnym, bardzo dobrym, pełnym elegancji i precyzji dośrodkowaniu „Seby”, „Kylo” głową skierował piłkę do siatki. Ale piłka nożna to także logiczny, czasowy ciąg zdarzeń, w których splatają się ze sobą historia meczu, jego teraźniejszość i przyszłość. Minutę wcześniej, rajdem przez połowę boiska, wykorzystując repertuar charakterystycznych dla siebie zwodów popisał się „Olszówka”. Obrońca gospodarzy, na wysokości pola karnego wyekspediował piłkę na aut. Po wznowieniu gry z naszej prawej strony zakotłowało się pod bramka TOP-u, bramkarz, tak zwanym „cudem” przeniósł piłkę nad poprzeczką. Konsekwencją tego był rzut rożny i wyrównanie. Do końca pozostawało 5 minut, BKS nadal – może niepotrzebnie – atakował.
   Chociaż w drugiej połowie przeważali goście, gospodarze – wykorzystując najprostszy środek, jakim jest długa piłka do przodu, groźnie kontratakowali. W 53 i 55 minucie Maksio okazał się lepszym w sytuacji sam na sam. W 47 minucie „Budyń” zdołał wybić piłkę spod nóg uciekającemu mu napastnikowi. Niestety, sztuka ta nie udała się w 70 minucie... W 61 minucie, naciskany przez obrońcę napastnik bielszczan, dynamicznym rajdem wjeżdżając w pole karne z jego prawej strony, trafił w boczną siatkę... Szczęście dla gospodarzy, nieszczęście dla gości cały czas wisiało w powietrzu. W 70 minucie stało się...
   Kilka razy obejrzałem powtórkę tej sytuacji z niedowierzaniem kręcąc głową. Coś takiego nie miało prawa się po prostu wydarzyć! Gdy na środku połowy TOP-u sędzia odgwizdał rzut wolny dla gospodarzy, jeden z biało – czerwono – czarnych natychmiast wyekspediował piłkę przed siebie. Wybiegani i dynamiczni napastnicy błyskawicznie ruszyli w stronę naszej bramki. Cofający się obrońcy, nie przypuszczając chyba, że wszystko rozegra się tak szybko, po prostu człapali. Człapał jeden stoper, w dziwnym letargu pozostawał drugi. Piłka przeleciała nad głową pierwszego - gdyby cofnął się szybciej i był kilkanaście centymetrów bliżej bramki Maxa, bez najmniejszych problemów wybiłby ją głową . Ostatnią instancję defensywy wyprzedził wchodzący na szybkości napastnik, jakby nieszczęść było mało, interweniujący „Budyń” potknął się. Tym razem Maksio przegrał pojedynek sam na sam... Wydarzyło się coś, do czego nie miało prawa dojść. Sam słyszałem, jak na treningach, trener tyle razy zwracał uwagę na koncentrację, dynamikę, waleczność i agresywność. W całym meczu, tego właśnie elementu, przede wszystkim w grze obronnej, zabrakło. Dlatego tak głupio został przegrany.
   Okazało się jeszcze, że gra nie kończy się z ostatnim gwizdkiem sędziego, a czasami, choć w zrozumiałym ferworze i emocjach, jedno zdanie, może być tym o jednym za dużo... Często – nie tylko w sporcie – konsekwencje zdań i słów są bardzo poważne.
   Mecz w Białej – pierwszy w rewanżowej rundzie – był tak zwanym meczem o wszystko. Na podstawie rundy jesiennej można było tak przypuszczać. Ale nie musi tak być, że walka o zwycięstwo rozegra się pomiędzy drużynami z Białej i Lublina. Ci pierwsi – może po prostu nie musieli? – nie pokazali niezbędnej do sukcesu, „szerokopasmowej” siły rażenia. W poczynaniach ofensywnych TOP-u nie widać było elementów, czy zalążków ciekawej, zaskakującej gry kombinacyjnej. Niewątpliwie, chłopcy z Białej są bardzo wybiegani, szybcy i dobrzy technicznie. Drudzy, na całej linii zawiedli w obronie. Słabe punkty – otwartym pozostaje pytanie, czy to chwilowe czy trwałe niedyspozycje – mogą wykorzystywać nie stojący przecież w miejscu rywale. Ta runda może być bardzo ciekawa, może dojść do wielu niespodzianek. I o to też w tym wszystkim chodzi...


Andrzej Rekiel


TOP 54 Biała Podlaska – BKS Lublin 4:3 (2:0)
Bramki dla BKS zdobyli: K. Gładosz – 2 (51 i 65 minuta ) i S. Wrzesiński (46 minuta)

BKS Lublin: M. Żuber, G. Trela, P. Baran. Ł. Jaśkiewicz, J. Olszewski, J. Wąsik, Ł. Wiech, K. Gładosz, S. Wrzesiński, P. Rekiel, J. Zagórski.
Grali ponadto: P. Warowny i Sz. Szawara.




TOP Biała Podlaska - BKS Lublin    4 - 3


                                                                                          [Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                              

08.01.2011 Turniej w Rzeszowie

   Drużyna BKS Lublin, zajęła 3 miejce na : "V Halowym Turnieju Piłki Nożnej im. Andrzeja Standio" w Rzeszowie .

Bramki zdobyli :

BKS Lublin - ŁKS Łańcut 3:2
Gładosz - 2, Rekiel

BKS Lublin - Stal St. Wola 3:1
Baran, Trela, Gładosz

BKS Lublin - Polonia Przemyśl 5:1
Gładosz - 2, Jaśkiewicz, Rekiel, Wrzesiński

BKS Lublin - Stal II Rzeszów 0:1

BKS Lublin - Kolbuszowianka Kolbuszowa 3:0
Olszewski, Rekiel, Sikora


Poniżej klasyfikacja końcowa turnieju .

1. Stal II Rzeszów
2. Karpaty Krosno
3. BKS Lublin
4. Kolbuszowianka Kolbuszowa
5. Resovia Rzeszów
6. Stal Stalowa Wola
7. Polonia Przemyśl
8. Iglopol Dębica
9. Sandecja Nowy Sącz
10. ŁKS Łańcut
11. Stal I Rzeszów
12. Tarnovia Tarnów




W turnieju zagrali :
Michał Woś (bramkarz), Paweł Baran, Łukasz Jaśkiewicz, Grzegorz Trela, Przemysław Dolar, Paweł Rekiel, Sebastian Wrzesiński, Michał Sikora, Łukasz Wiech, Paweł Warowny, Krzysztof Gładosz, Jakub Olszewski, Jakub Kosidło – Wąsik



                                        




30.10.2010 Mecz z Sygnałem

   Drużyna gospodarzy, Sygnału Lublin, nie stawiła się na meczu, dlatego sędziowie "odgwizdali" walkowera dla zespołu BKS Lublin .




Sygnał Lublin - BKS Lublin    0 - 3


23.10.2010 Mecz z Lewartem

    Jeszcze kilka tygodni przed meczem z Lewartem Lubartów nikt nie mógł przypuszczać, że będzie to „mecz o wszystko”. Wydawać się mogło, że rozpędzony, grający z rozmachem, gromiący rywali BKS powstrzymać może tylko wczesne przyjście zimy. Że tak ma być – wszem i wobec wieściły meteorologiczne i naukowe „autorytety”. W sobotę 23 października, ciepłego, słonecznego, spokojnego południa, tajemniczo obecne, niewidzialne światło z drzew rosnących przy boisku wydobywało barwy i kolory jesieni, zawiewał lekki i ciepły wiatr... Tyle warte były prognozy, tyle samo warte są „bajdurzenia” politycznych autorytetów – premierów, prezydentów, ministrów, posłów, szulerów z zalegalizowanych gangów zwanych partiami - nazywające demokracją kiełkujący powoli, budowany świadomie i z rozmysłem nowoczesny, postępowy totalitaryzm. Powoli zapuszcza korzenie... Sprzyjają mu – przypuszczam, ku najprawdziwszej i najszczerszej radości Rady Ministrów, Kancelarii Premiera i Prezydenta, szefów codziennych, ogólnokrajowych, wielonakładowych szmatławców, radiowych i telewizyjnych szczekaczek, a zwłaszcza ministra edukacji - zmanipulowane, ogłupione podstępną, wyrafinowaną propagandą, nie myślące masy. Jak i jeśli się obudzą, będzie za późno!
    Niespodziewany remis w Dąbowicy, przy pogromie w Białej Podlaskiej „schorowanej” puławskiej Wisły, postawił „seledynowych” pod ścianą: musieli wygrać mecz. Patrząc na tabelę nie wydawało się to trudne. Spoglądając wstecz, przypominając historię ligowych potyczek z Lewartem, mogły pojawić się obawy – BKS wygrywał zawsze, ale niezbyt wysoko. Tylko raz „rozbił” przeciwnika w pył. Patrząc na choroby, kontuzje, urazy, brak ważnych badań lekarskich („Olszówka”) – aby uzupełnić skład trzeba było sięgnąć do rocznika 98’ - obaw było coraz więcej. Nie rozwiała ich optyczna przewaga, jaką od pierwszych minut uzyskał BKS, a dwie bardzo groźne – jedyne w meczu – akcje Lewartu w 5-tej i 14-tej minucie u kibiców gospodarzy mogły wywołać palpitacje serca. Jego porywów nie wzbudzały niecelne strzały „Kyla” i Łukasza Wiecha z dystansu, prowadzone w tempie „chodzonego” akcje ofensywne. W tej części meczu „Beksa” miała tylko jedną, zmarnowaną „setkę”. Za komentarz do tego, co działo się na boisku, mogą posłużyć słowa obserwującego mecz trenera Rejdycha. Poniżej kilka cytatów, potwierdzających tezę, że piłka nożna, to także myślenie i szachy.
- „Nie przygotowane to. Za szybko chcą tylko do przodu. Tak trochę piłkę przytrzymać”.
- „W tym składzie personalnym oni nie mogą grać tak, jak grali, kiedy mieli wszystkich. Z tego względu, że ci, którzy za nich są, nie są do tego przygotowani. Oni muszą grać inaczej”.
- „Z tego względu, że oni cały czas na nich siedzą, jest jeden wielki chaos”.
- „Oni nie są przygotowani do grania atakiem szybkim. Jest niemożliwy szybki atak, kiedy się siedzi na połowie przeciwnika. Oni powinni ich głębiej zaprosić. Napastnicy dostają ochłapy. 90% jest na walkę, na górę. Co oni mogą zrobić?”
- „U środkowych pomocników w ogóle nie ma zmiany kierunku gry”.
-„Grają korzystnie dla przeciwnika, bo wszyscy grają pozycyjnie. Wymienności funkcji nie ma w ogóle”.
-„Za często się zdarza, że tu się robi luka. To ogromny błąd taktyczny. Zawsze jeden z pomocników musi być bliżej, taki dyrektor grania, żeby stoperzy mieli do kogo zagrać. Oni często robią dwie linie, traci się linię pomocy. Linia pomocy wchodzi w atak, jest bajzel”.
- „No, przychodzą słabsze mecze. Ci, którzy nadają smak temu, ich nie ma”.
    W drugiej połowie BKS nadal przeważał, grał trochę dynamiczniej i szybciej, choć niecelnych podań i niedokładności w grze było nadal wiele. Jedyną bramkę, po faulu na Łukaszu Wiechu, z rzutu karnego zdobył Paweł Baran w 46 minucie. Za ten, pewny, mocny, skierowany po poprzeczką strzał, za spokój, opanowanie i pewność wielkie brawa! Tym większe, że w meczu z „Włodawianką” „Baranek” zmarnował „jedenastkę”. Na uspokojenie atmosfery na trybunach w 57 minucie miał szansę Paweł Rekiel: po indywidualnym przeboju znalazł się w sytuacji sam na sam, ale lepszym okazał się bramkarz gości. Mimo słabszej gry, po części zrozumiałej sytuacją kadrową, skromne zwycięstwo BKS było zasłużone.

Andrzej Rekiel

PS.

Refleksja Administratora :
      Według mojej opinii, nawet najbardziej trafna diagnoza, bez pomysłu na wprowadzenie w życie właściwego leczenia , jest niewiele warta. Chcę powiedzieć, że to co się dzieje na boisku, każdy widzi, więc teoretyków jest wielu, niestety brzemię wyprowadzenia zespołu z kryzysu ciąży wyłącznie na trenerze Guściorze i jestem spokojny o to , że temu zaradzi .

BKS Lublin – Lewart Lubartów 1:0 (0:0), Bramka: P. Baran (46 min.)
BKS: M. Żuber, G. Trela, P. Baran, Ł. Jaśkiewicz, J. Wąsik, J. Świderek, K. Kołodziejski, Ł. Wiech, K. Gładosz, P. Warowny, P. Rekiel. Grali ponadto: B. Klimek, S. Gierlasiński, M. Sikora, P. Dolar.




BKS Lublin - Lewart Lubartów    1 - 0


[Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                           [Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                                                  

16.10.2010 Mecz z Widokiem

   Gwizdkowi kończącemu mecz z Widokiem, gdy składałem statyw, a kamerę chowałem do torby, towarzyszyła smutna refleksja: „chyba jednak się nie myliłem, chyba miałem rację”. Można by ją zawrzeć w prowokacyjnym stwierdzeniu, że jedynymi dobrymi meczami, kiedy grała drużyna, były mecze z TOP-em Biała Podlaska, Górnikiem Łęczna i pierwsza połowa meczu z Wisłą Puławy, a spotkanie w Dąbrowicy w bardzo mocnej postaci ujawniło to, co już wcześniej było widoczne i się pokazywało, zwłaszcza w Radzyniu. Po obejrzeniu meczu, wykreśliłem łagodne i delikatne słowo „chyba”. Nie myliłem się na pewno!
   Mecze BKS-u z UKS-em mają swoją krótką historię. Obie drużyny, na zielonym, trawiastym ringu „krzyżowały rękawice” w rozgrywkach młodzików młodszych i kilku sparingach. Zawsze były zacięte i nigdy nie wygrał w nich BKS. Tym razem wydawało się, że będzie inaczej.
   Językiem poważnej, sportowej publicystyki Widokowi Lublin można by przypisać pejoratywne określenie największej niespodzianki in minus ligowej jesieni. Drużyna, która w przedsezonowych rankingach była jednym z faworytów, grała słabo, zajmowała odległe miejsce w tabeli. Nic więc dziwnego, że na trybunach malowniczo położonego boiska, wśród kibiców gospodarzy panowały minorowe nastroje. Osobiście słyszałem licytowanie się, ile to bramek ich synom zaaplikuje gromiący wszystkich lider. Na niewiele zdały się moje riposty, że przecież to piłka, że Widok – czego byłem świadkiem w przeszłości – potrafi i umie grać. Zbywano mnie śmiechem, a wśród bukmacherów – mam i tatusiów – najczęściej typowano wynik zbliżony do 0:5.
   Początek wydawał się potwierdzać nasze nadzieje, a ich obawy. Już w 2 minucie po koronkowej akcji w polu karnym Rekiel – Zagórski, poprzedzonej dynamicznym rajdem „Olszówki” mogło być 1:0 dla BKS. Minutę później z lewego narożnika pola karnego uderzał „Wąski”. Zastąpił – z czego wywiązał się dobrze – niestety chorego Sebastiana Wrzesińskiego. W 4-tej minucie rajd „Zagóra” uderzeniem z linii pola karnego na gola próbował zamienić Łukasz Wiech. Tym razem silny strzał był bardzo niecelny. Chwilę później „główkował” Krzysiek Gładosz, później prostopadłym podaniem „Zagóra” uruchomił „Rekielek”.
   I przyszła 14 minuta, do której w zasadzie goście nie schodzili z połowy gospodarzy. Że „święci” się coś złego przeczuwał chyba trener Guściora komentując krzykiem poirytowania zagranie jednego z obrońców: „ani to wykopane, ani przyjęte!”. Piłkę przechwycił ubrany na biało zawodnik, zagrał ją na lewo. Szybki napastnik gospodarzy minął obrońców, rzucającego się mu pod nogi „Maksia” i mimo obecności trzech „seledynowych” z ostrego kąta, lekkim strzałem posłał piłkę do siatki. Biorąc pod uwagę liczebną przewagę BKS w tym sektorze boiska, nie miało prawa dojść do tego. A jednak się stało! Kibice „Widoku” przecierali ze zdumienia oczy. My też!
   W 21 minucie BKS zdobył gola. Dośrodkowanie Kuby Zagórskiego, po rzucie wolnym wykonywanym z lewego skraju boiska „Kylo” zamienił na bramkę. Sędzia jednak jej nie uznał. Powtórka nie pozostawia cienia wątpliwości: spalonego na pewno nie było! Zamiast tego było coraz więcej nerwowości BKS-u i dobrej, defensywnej gry Widoku. Gra seledynowych przypominała chaotyczne bicie głową w mur.
   Wyrównanie padło w 60-tej minucie. Z lewej strony boiska, w odległości około 30 metrów od bramki został sfaulowany „Wąski”. Bardzo dobry i pewny bramkarz popełnił jedyny w meczu błąd: wypuścił mocno uderzoną piłkę, którą do siatki z najbliższej odległości skierował Kuba Zagórski. Po chwili – z powodu kontuzji – musiał opuścić boisko. Tak w skrócie można by opisać mecz, gdyby nie ostatnia minuta: chyba tylko Opatrzności BKS może zawdzięczać, że nie stracił bramki. Takimi akcjami wykańczali kiedyś rywali, po szybkich, prostopadłych podaniach kierowanych z drugiej linii napastnicy BKS. Ale to już historia!
   Kończąc opis samego meczu, czas powrócić do początku, do krytycznej oceny. Zabierałem się do niej kilka razy, zwłaszcza po meczu w Radzyniu. Ale trudno „wybrzydzać”, gdy wszystko wydaje się iść dobrze. Przyznaję, że w tym momencie towarzyszy mi lekka trema, obawa, czy znajdę właściwe słowa do wyrażenia tego, o co mi chodzi. Na ten temat porozmawiałem już z kilkoma „kibicami”, którzy podzielili moje opinie co do istoty problemu. A jako, że ostatnia minuta meczu może wskazywać, że szczęście was nie opuściło, poniżej krytyczne uwagi. Co z nimi zrobicie, czy je uznacie, czy odrzucicie, zależy to od was. Powstały one nie tylko z bezpośredniego oglądu meczów, co z utrwalonego na kamerze materiału. Każdą z poniższych tez mógłbym uzasadnić filmowym zapisem.
   Piłka nożna jest bardzo prostą grą. Chodzi w niej o to, aby umieścić ją w bramce przeciwnika każdą częścią ciała z wyłączeniem kończyn górnych. Może być to głowa, ucho, nos, stopa, czy – jak kto chce - coś jeszcze. Dla osiągnięcia tego współdziała ze sobą 11 zawodników. Biegają, podają sobie piłkę, dryblują, strzelają. Walka na mięśnie, spryt, technikę, szybkość i „głowę” toczy się na całym boisku. To chyba z tego względu, zwłaszcza w piłce nożnej, tak ważna jest tak zwana taktyka, oszukiwanie, zwodzenie przeciwnika, roztaczanie przed nim iluzji, którą on – zwiedziony - bierze za rzeczywistość i zadanie śmiertelnego pchnięcia. Często w tym przedsięwzięciu główną rolę odgrywają ci, którzy dla zasiadającej na trybunach opinii publicznej są zupełnie niewidoczni. Ale to oni potrafią np. tak odciągnąć obrońców, zrobić wyłom w wydawałoby się nienaruszalnym murze, w który ktoś wedrze się jeden jedyny raz i zdobędzie jedyną bramkę. Dzisiejszy futbol to także myślenie i szachy.
   Dla osiągnięcia sukcesu niezbędne są nie tylko umiejętności czysto sportowe – w „nodze” wymagana jest ich wyjątkowa wszechstronność – ale i psychiczno duchowe, wzajemne zaufanie i nienaruszalna więź, na dobre i złe. Tutaj też można by zaaplikować papieskie słowa: „jeden drugiego brzemiona noście”. Moim zdaniem, na tym polu stało się coś niedobrego...
   Zdaję sobie sprawę, że prowokacyjnym może być stwierdzenie, zwłaszcza dla dobrych, solidnych obrońców – „Geliana”, „Olszówki”, Pawła Barana i „Budynia”, bramkarza „Maksia” – iż fundamentem drużyny jest „piłkarska czwórka” z kadry województwa i gimnazjum nr 16. Zapis filmowy nie kłamie: Chłopcy! Z wyjątkiem „Seby” zaczęliście grać przede wszystkim ze sobą! Pierwszy raz bardzo mocno stało się to widoczne w Radzyniu. Z tego też względu, wygrany mecz, delikatnie mówiąc nie był najlepszy. Nie chcę twierdzić, że „uderzyła wam woda sodowa”, może dzieje się tak, że przede wszystkim z sobą trenujecie, ale naprawdę tak to wygląda!
   Środkowi pomocnicy! Nie gracie szybkich prostopadłych piłek, ale bawicie się nią, celebrujecie jej prowadzenie, bezproduktywną jazdę wszerz boiska, rozkoszujecie się pięknem „kiwek” i zwodów, które nikomu nie przynoszą pożytku. Trwają tak długo, że jak nie jeden przeciwnik, to drugi ją wam odbierze bądź też sami ją tracicie. Zagubiliście gdzieś wasze ostre spojrzenie i dobry wzrok! Może brzmi to niesprawiedliwie, ale tak to wygląda! O głupich, bezmyślnych, złośliwych faulach na bramkarzu gospodarzy już nie wspomnę. A tak w wypadku Łukasza Wiecha i Pawła Barana było! Patrząc na film chciało mi się krzyknąć: Łuki! Paweł! Czy was popier...?!
   Przejdę teraz do najtrudniejszej części. Myślę, że nie dotyczy ona tylko adresata, ale chce pokazać istotę problemu. Tak jak po pierwszym meczu z TOP-em pozwoliłem sobie na kilka osobistych słów do „Maksia”, tym razem chcę powiedzieć coś Kubie.
   Kuba! Bez przesady i zbytniej egzaltacji jesteś liderem zespołu. Został Ci dany przez Boga, naturę, przypadek – sam zakreślisz właściwą odpowiedź – ponad przeciętny piłkarski talent i dar. Została też ci dana inteligencja, zdolność i siła myślenia: to nie przypadek, że przed rokiem wygrałeś wojewódzką Olimpiadę Matematyczną. Śmiejąc się, współczułem Twemu Tacie, że dopiero teraz ma przed sobą dylemat! Jak pokazał mecz z Widokiem – nie tylko ten - jesteś bardzo waleczny, ambitny, ale swój wysiłek okupiłeś kontuzją. Oby nie było to nic groźnego.
   Masz wszelkie dane, aby zostać naprawdę dobrym sportowcem, kto wie, może znanym polskim piłkarzem. Popuszczając wodze fantazji wyobrażam sobie, że za dziesięć lat dziennikarze periodyków sportowych świata poszukują tłumaczy polskiego, aby przeczytać pisane przeze mnie relacje z pierwszych Twoich meczów, że stacje telewizyjne świata gotowe są zapłacić każde pieniądze, aby odkupić ode mnie utrwalone na taśmie fragmenty meczów z Twoim udziałem. Życzę tego przede wszystkim Tobie. Ale – choć jesteś liderem drużyny, piłkarskim talentem – sam meczu nie wygrasz. A od pewnego czasu, na boisku nie widzisz kolegów. Mógłbym Ci puścić wiele fragmentów, w których aż prosiło się skierować piłkę do nie obstawionego kolegi. W meczu z Widokiem było tak co najmniej dwa razy. Gdybyś tak zagrał, być może nie byłby potrzebny Twój nadzwyczajny wysiłek, być może nie byłoby tego urazu.
   Zdajesz sobie chyba sobie sprawę z tego, że słyszeli o Tobie rywale i ich kibice. Jedna z mam pytała mnie: „który to Zagór?” Zdajesz też chyba sobie z tego sprawę, że zawsze na boisku będą Ci towarzyszyć „aniołowie stróżowie”. Nawet nie dwóch, trzech, którzy nie cofną się przed niczym, aby Ciebie powstrzymać. Pamiętasz mecz z „Motorem” na Kresowej? To byli Twoi koledzy z kadry! Co będzie, gdy będą chcieli Ciebie powstrzymać zupełnie Tobie obcy, czy wręcz zawistni?
   Jesteś liderem drużyny! Znaczy to nie tylko tyle, że masz zdobywać piękne gole i bramki, ale i także to, że innym, swoim kolegom, powinieneś pomagać „pozwalać być i stawać się piłkarzem”. Na konkretnym przykładzie wyjaśnię Ci co mam na myśli.
   Wyobraźmy sobie, że gracie finałowy mecz np. z Hetmanem Zamość o tytuł mistrza. Oczywiście, nie wolno o tym w ogóle myśleć, ale niech tak będzie! Na pewno zagracie rewanż z TOP-em. Masz taką „opiekę”, że sam nic nie zdziałasz. Jedno, co możesz, to tak absorbować obrońców, aby zrobić miejsce kolegom. Myślisz, że przyzwyczajeni do Twojej indywidualnej gry z koniecznym przekonaniem „pójdą za Tobą”? Lepiej wiesz ode mnie, że piłka to także schematy i nawyki. Nie tylko sportowe, duchowo – psychiczne także! Już teraz, w swoich kolegach musisz je kształtować, pozwolić nawet im coś spieprzyć, aby kiedyś – gdy będzie tego potrzeba – mogli stać się skuteczni.
   Nie chodzi Kuba o to, abyś rezygnował ze swoich dryblingów, rajdów, strzałów, ale nie tylko na tym ma polegać Twoja obecność na boisku. Jesteś na tyle bystry, inteligentny i myślący, że na pewno potrafisz rozeznać, kiedy trzeba samemu „pójść na przebój”, a kiedy podać lepiej ustawionemu koledze. To także będzie budować ich jako sportowców, ludzi i piłkarzy. Jako lider, za to także jesteś odpowiedzialny!

Andrzej Rekiel

Widok Lublin – BKS Lublin 1:1 (1:0), Bramka: K. Zagórski (60 minuta)
BKS: M. Żuber, J. Olszewski, Ł. Jaśkiewicz, P. Baran, G. Trela, J. Wąsik, Ł. Wiech., K. Gładosz, P. Warowny, P. Rekiel, J. Zagórski. Grali ponadto: M. Sikora, P. Dolar, S. Gierlasiński. W. Kopeć.




Widok Lublin - BKS Lublin    1 - 1


[Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                           [Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                                                  

02.10.2010 Mecz z Włodawianką

   Przed meczem z „Włodawianką” trenera Guściorę mogła rozboleć głowa. Wprawdzie jego podopieczni z kompletem pewnych, wysokich i przekonywujących zwycięstw zajmowali pierwsze miejsce w tabeli, na swoim boisku podejmować mieli jej „czerwoną latarnię”, ale każdy co nieco obeznany z piłką nożną wie, że wiele trzeba, aby mecz wygrać, wystarczy niewiele by go przegrać. Powodem trenerskiej troski i zmartwień były kontuzje bramkarzy. Po chyba zbyt przedwczesnej rezygnacji Michała Świetlickiego – Misiek! Możesz wrócić! - pozostało dwóch kontuzjowanych. Bartek – po prawie dwutygodniowej przerwie w treningach – dochodził do siebie, występ Maksa – jeszcze w piątek wieczorem wydawał się być wykluczony. Pojawił się jednak w sobotę – na szczęście uraz palca nie okazał się tak groźnym, na jaki wyglądał. Tym razem usiadł na ławce. W takiej sytuacji przychodziło na myśl stwierdzenie, iż najlepszą obroną jest atak. Że nasi chłopcy potrafią atakować i zdobywać gole pokazało to 5 poprzedzających meczów i rozgrywki ligowe w kategorii młodzików starszych i młodszych: atak BKS-u zawsze był najskuteczniejszym. Tym razem sojusznikiem gości miało być błotniste i grząskie boisko. Po meczu trampkarzy starszych KS Lublin z Huraganem Międzyrzec przypominało gąbkę nasączoną wodą. Pierwsze minuty pokazały, że droga do zwycięstwa może wieść ostro „pod górę”. „Włodawianka” grała agresywnie, potrafiła też groźnie atakować. Pierwszą taką akcję – potem było ich jeszcze kilka - „bordowi” przeprowadzili w 8 minucie, uskrzydleni zapewne sytuacją sprzed kilkudziesięciu sekund, kiedy po faulu na Sebastianie Wrzesińskim rzut karny wykonywany przez Pawła Barana obronił bramkarz. W 12 minucie „Baranek” zrehabilitował się zdobywając bramkę strzałem po ziemi oddanym po dośrodkowaniu z rzutu rożnego. Od tego momentu „seledynowi” rozkręcali się z minuty na minutę. Tym razem bardzo dobrze zagrała druga linia. Jej „ciężki” środek – „Wiecho” i „Kylo” nie są przecież fizycznymi ułomkami – brodząc w błotnistej mazi poczynał sobie dużo lepiej niż w Radzyniu. Wspierani przez filigranowych bocznych pomocników konstruowali groźne akcje, przerywali ofensywne poczynania przeciwnika. Gdy nie udało się ich zneutralizować w środku pola, na drodze wiodącej w pobliże bramki Bartka stawała pewna obrona. Jedyny gol dla gości padł w ostatniej minucie pierwszej połowy po uderzeniu z rzutu wolnego. Wprawdzie nasz bramkarz popełnił błąd – piłka uderzona z około 30 metrów nie miała prawa po dłoniach wślizgnąć się do bramki – ale kto, ucząc się czegoś ich nie popełnia? BKS prowadził już wtedy 4:0. Drugiego gola w 17 minucie – po indywidualnej akcji, w swoim stylu – zdobył Kuba Zagórski. Na 3:0, w 20 minucie z rzutu karnego podwyższył Krzysiek Gładosz. Trzeba przyznać, miał dużo szczęścia. Piłkę – nogą - zdołał sparować postawiony w bramce zawodnik gości, wtoczyła się jednak za linię. Bramkarz – za faul na Kubie Zagórskim – został usunięty z boiska na 10 minut. W „poważnej” piłce byłaby to chyba czerwona kartka. Czwartą bramkę poprzedziła najładniejsza akcja meczu. Bezpośrednio wzięli w niej udział filigranowi, boczni pomocnicy, ale obejrzenie powtórki pozwala na stwierdzenie, że cała drużyna zaczyna powoli rozumieć, na czym polega nowoczesna gra w piłkę nożna. Gdy Paweł Warowny „ciągnął” prawym skrzydłem, w polu karnym i przed nim działo się tak wiele, tyle było ruchu napastników i środkowych pomocników, że dośrodkowanie „Roniego” do Sebastiana Wrzesińskiego na lewą flankę kompletnie zaskoczyło wszystkich. BKS prowadził 4:0. Seba – bezpośrednio po gwizdku zaczynającym drugą połowę – ostatecznie pozbawił „Włodawiankę” złudzeń po prostopadłym podaniu Pawła Rekiela. Kolekcję zdobytych bramek – dwoma filmowymi – po rzutach rożnych powiększył „Kylo” i w 60 minucie „a la Zagór” – Kuba Zagórski.

Andrzej Rekiel

BKS Lublin – Włodawianka 8:1 (4:1). Bramki zdobyli: P. Baran (12 min.), K. Zagórski (17 i 60 min), K. Gładosz (20, 41 i 45 min.), S. Wrzesiński (31 i 36 min.)
BKS: B. Klimek, J. Olszewski, P. Baran. Ł. Jaśkiewicz, G. Trela, P. Warowny, Ł. Wiech, K. Gładosz, S. Wrzesiński, P. Rekiel, J. Zagórski. Zagrali ponadto: M. Żuber, M. Sikora, P. Dolar, M. Michałowski, J. Wąsik




BKS Lublin - Włodawianka    8 - 1


[Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                           [Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                                                  

25.09.2010 Mecz z Orlętami Radzyń

   Ciekawym doświadczeniem jest oglądanie na telewizyjnym ekranie, nagranego wcześniej, widzianego „na żywo” meczu. Nie tylko z uwagi na możliwość oglądu szerszej perspektywy ciekawszych akcji, powtórek pozwalających na dostrzeżenie - normalnie skrytych - newralgicznych momentów, decydujących o sportowym powodzeniu lub fiasku, współautorów zdobytych przez kogoś innego goli, współsprawców utraconych. Towarzyszące temu wrażenia zazwyczaj sprowadzają się do wspólnego mianownika: to co widziane w tak zwanym „realu” jako świetliste i błyszczące, na ekranie traci swój blask. Pokazuje swoje, niekoniecznie zachwycające oblicze. Tym razem, po obejrzeniu – przed napisaniem po meczowej relacji – akurat było inaczej. I mecz z Orlętami Radzyń, który - mimo kolejnego, wysokiego zwycięstwa naszych chłopców – w wykonaniu BKS nie był porywającym widowiskiem, nie zasługuje na bardzo krytyczną oceną, jak chyba wszystkim wydawało się po meczu. Wprawdzie w grze „seledynowo czarnych” było sporo niedokładności, chaosu, wolnej i zbyt egoistycznej gry, ale wszystkie zakończone bramkami akcje były szybkie, ładne, koronkowe i płynne. Nerwowo zaczęło się już na parkingu przed „Globusem”. Wyjeżdżaliśmy znacznie spóźnieni i zdziesiątkowani, bez rezerwowego bramkarza, jedynie z dwójką piłkarzy na zmianę. Podobna nerwowość od pierwszych minut panowała na boisku. Już po siedmiu minutach można było usłyszeć krzyk poirytowanego kapitana: „Gramy, gramy! bo źle jest” – krzyczał „Wiecho”. BKS niby przeważał, ale nic z tego nie wynikało. Gra toczyła się w środku boiska, grające agresywnie i pressingiem „orły” zbyt często wyprzedzały jakby ospałych, mniej agresywnych i dokładnych „bekaesiaków”. Zielona murawa, z piłkarskiego punktu widzenia, z obu stron przypominała kocioł kipiący przypadkowością i chaosem. Jednak w ciągu 70 minut widowiska, BKS 5 razy przeprowadził skuteczne i szybkie, zakończone golami akcje. Wykorzystał wszystkie „setki”. Pierwsza bramka padła w 17 minucie. „Kylo” w środku pola przejął piłkę wybitą przez bramkarza gospodarzy, „pociągnął” po prawej stronie, dośrodkował w pole karne do Pawła Rekiela. „Rekielek” zgrał na lewo do Sebastiana Wrzesińskiego, który plasowanym strzałem z pierwszej piłki zdobył gola. Trzy minuty później na 2:0 po indywidualnej akcji i serii zwodów w polu karnym podwyższył Kuba Zagórski. Po jego dośrodkowaniu z rzutu rożnego w 33 minucie, trzecią bramkę uderzeniem głową zdobył Łukasz Wiech. Do przerwy było 3:0. Druga połowa nie zaczęła się najlepiej. W 42 minucie gospodarze zdobyli bramkę. Po uderzeniu z rzutu wolnego – tak jak w Łęcznej – piłka wpadła Maksiowi „za kołnierz”. W 58 minucie, po raz kolejny w tej rundzie wygrał pojedynek sam na sam. Prowadziliśmy wtedy już 4:1 – drugą bramkę po prostopadłym podaniu Wiecha zdobył „Zagór”. Po wspomnianej powyżej interwencji Maksia, obecny na meczu pan Dolar krzyknął: „Obudźcie się!”. Niestety, chłopcy – jak podczas prawie całego meczu - nadal spali. W 60 minucie zrobiło się 4:2 – tym razem napastnik „Orląt” wygrał pojedynek sam na sam. Ale to nieszczęście zaczęło się daleko od naszej bramki... Nadziei na ewentualny remis, w 63 minucie pozbawił gospodarzy „Seba” zdobywając bramkę po dośrodkowaniu „Olszówki” z prawej strony boiska. Za tą akcję duże brawa dla Kuby: walczył do końca, gdy wydawało się, że piłka opuści już linię kończącą boisko. Gra BKS - choć tym razem niezbyt widowiskowa – była jednak bardzo skuteczna. W ataku i mimo wszystko w obronie. Kolejny, bardzo dobry mecz zagrał „Budyń” i „Olszówka”. Wszystko powinno wrócić do normy, kiedy powróci sportowa agresja i szybka gra piłką, a nie jej zbędne - świadczące wprawdzie o dużych umiejętnościach technicznych – holowanie.

Andrzej Rekiel

Orlęta Radzyń – BKS Lublin 2:5 (0:3), bramki zdobyli: S. Wrzesiński (17 i 63 minuta), J. Zagórski (20 i 47 minuta), Ł. Wiech (33 minuta).
BKS Lublin: M. Żuber, G. Trela, Ł. Jaśkiewicz, P. Baran, J. Olszewski, S. Wrzesiński, Ł. Wiech, K. Gładosz, P. Warowny, P. Rekiel, J. Zagórski. Grali ponadto: S. Gierlasiński, P. Dolar.




Orlęta Radzyń - BKS Lublin    2 - 5


[Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                                                         [Rozmiar: 241999 bajtów]

18.09.2010 Mecz z Wisłą Puławy

   Na czwarty ligowy mecz w wojewódzkiej lidze trampkarzy młodszych z puławską Wisłą – po trzech pewnych zwycięstwach - jechaliśmy z mieszanymi uczuciami. Opisując stan ducha rodziców – kibiców można by przytoczyć dwa, w treści przeciwstawne sobie przysłowia. Pesymistom pobrzmiewało „historia lubi się powtarzać”, optymiści przywoływali powiedzenie „do trzech razy sztuka”. Porażka trampkarzy starszych przypomniała, że nieszczęścia lubią chodzić parami. Ripostą mogło być odwieczne prawo obowiązujące w tak zwanej rzeczywistości głoszące, że bilans zawsze wychodzi na zero... Dotychczasowe mecze roczników 97’ BKS i Wisły Puławy mają swoją historię i dramaturgię. Dwie porażki w Puławach, doznane w podobnych, wręcz identycznych okolicznościach, dwa razy pozbawiły naszych chłopców szansy na wygranie ligi. Było tak w rozgrywkach młodzikach młodszych i starszych. Pamiętaliśmy o tym. W Puławach zagrali ze sobą lider i wice lider północnej grupy wojewódzkiej ligi trampkarzy młodszych. W pierwszej minucie, późnym popołudniem – mecz zaczął się o godzinie 17-tej – na boisko wtargnął „demon przeszłości” i chyba tylko interwencji „anioła szczęścia” BKS zawdzięczał zachowanie czystego konta. Ale było to wszystko, na co gospodarzom pozwolili goście. Seledynowo – czarni rozkręcali się z minuty na minutę, tak, że nawet solidna, dobra technicznie Wisła nie była w stanie zagrozić bramce Maksia i Bartka ani powstrzymać ataków gości. Gdy pod koniec meczu wydawało się, że gospodarze zdobędą honorowego gola, kapitalną interwencją popisał się Maks, broniąc strzał z najbliższej odległości. Ale wtedy BKS prowadził już 3:0. Pierwsza bramka padła szybko, w 8 minucie. Po faulu na Kubie Zagórskim przed polem karnym – w „poważnej” piłce takie zagranie karane jest zazwyczaj czerwoną kartką (piłkarz Wisły został odesłany za boisko na 10 minut) – gola uderzeniem z rzutu wolnego zdobył Krzysiek Gładosz. Zaczęło się więc jak zwykle... Że tym razem będzie inaczej pokazała następna minuta i akcja Wrzesiński - Zagórski – Rekiel. BKS prowadził 2:0, atakował dalej. Wydawało się, że 23 minuta „wiślakom” może przywrócić nadzieję. Na trzy minuty z boiska usunięty został Łukasz Jaśkiewicz, od początku sezonu – obok Pawła Barana – pewny, solidny stoper. „Budyń” zachował się jak na chłopa przystało – kopiącemu go przeciwnikowi odpłacił pięknym za nadobne, niestety tylko jego faul zauważył sędzia. Okazało się, że sędziowski gwizdek dla Wisły był wyrokiem sportowej „śmierci”: piłka wrzucona w pole karne BKS, po niespełna 10 sekundach zatrzepotała w siatce Wisły. Grających w niebieskich strojach gospodarzy złudzeń pozbawił Kuba Zagórski serią zwodów w polu karnym wykańczając dwa celne, szybkie podania. Druga połowa – choć nie padła już bramka – z piłkarskiego i szkoleniowego punktu widzenia była ciekawym widowiskiem. Długie minuty, z agresywną, grającą pressingiem Wisłą, BKS „grał w dziadka”. Piłka – wzdłuż i wszerz boiska - wędrowała jak po sznurku między napastnikami, pomocnikami i obrońcami. Brakowało tylko wykończenia koronkowych, prowadzonych w szybkim tempie akcji. Wynik 3:0 z dobrą, groźną Wisłą mówi sam za siebie. Mówi, że trampkarze młodsi BKS-u stanowią drużynę, w której wszystkie formacje grają na solidnym poziomie i współpracują ze sobą. Obrońcy zabezpieczyli bramkę, strzegł jej bramkarz, druga linia opanowała środek boiska, a atak – dostając celnie podane piłki, co wymaga umiejętności i zawsze jest sztuką – przeprowadzał groźne akcje i zdobywał gole. Jak zwykle zwycięstwo powinno być wyższe. Dwa razy na pewno przeszkodził w tym sędzia: w 16 minucie Paweł Rekiel nie był na pozycji spalonej, a minutę później „Zagór” został sfaulowany w polu karnym. Ale i tak zdecydowanie i w pełni zasłużenie wygrał lepszy!

Andrzej Rekiel

Wisła Puławy – BKS Lublin 0:3 (0:3), bramki: K. Gładosz (8 min.), P. Rekiel (9 min.), K. Zagórski (23 min.)
BKS: M. Żuber, J. Wąsik, Ł. Jaśkiewicz, P. Baran, G. Trela, S. Wrzesiński, J. Kędzierski, K. Gładosz, Ł. Wiech, J. Zagórski, P. Rekiel. Grali ponadto: P. Warowny, M. Sikora. P. Dolar, S. Gierlasiński, B. Klimek.




Wisła Puławy - BKS Lublin    0 - 3


[Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                           [Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                                                  

12.09.2010 Mecz z Górnikiem Łęczna

    W cieniu piłki przez większe „p” toczył się mecz trampkarzy młodszych BKS i Górnika Łęczna. Ponad biegającymi na sztucznej murawie zawodnikami wznosiły się maszty jupiterów stadionu, na którym przed kilku laty zasiadał zawsze komplet widzów obserwujących najlepsze polskie zespoły. Sceneria ta z pewnością nie zrobiła wrażenia na przywykłych do codziennego widoku gospodarzach. Co innego gra gości z Lublina... Ta musiała zrobić wrażenie... Szatnie też były inne niż zazwyczaj: czarno seledynowe stroje nasi chłopcy zakładali w klubowym budynku. Bus, którym przyjechali, zatrzymał się na parkingu, gdzie kiedyś stały autokary Wisły Kraków, Lecha Poznań czy Legii Warszawa. Idąc na rozgrzewkę, na płycie głównej ładnego, kameralnego stadionu zrobili sobie pamiątkowe, drużynowe zdjęcie. Pojawi się na internetowej stronie drużyny. W niedzielę 12 września, o godzinie 13-tej zaczęła się gra. Pierwszemu gwizdkowi towarzyszyły cienie minionego sezonu. Dwóch, jakże odmiennych meczy. Unosiło się też fatum i przekleństwo sztucznego boiska nabyte w Puławach. Z tych też powodów, w bardzo ambiwalentnych nastrojach czekaliśmy na mecz. Ale i takie jest ludzkie życie! Na jego horyzoncie pozostaje zawsze nadzieja i lęk. Pierwsze minuty budowały to drugie. Gospodarze grali szybko, agresywnie, nieustannie krzyczeli do siebie. Akustyczną przeciwwagą był tylko nasz bramkarz Maksio, krzyczący na całe gardło: „stoimy, stoimy!” oraz „walka, walka”. Trener Guściora, po dwóch dobrych spotkaniach też nie poznawał swoich chłopców: „nie ma krycia, kompletnie nie ma krycia w tej grze!” – wołał. Po 10 minutach gra wyrównała się. Chłopcy psychicznie otrząsnęli się z kwietniowej klęski. Przekonali się też, że zawsze można grać swoje na sztucznej i naturalnej nawierzchni. W 19 minucie koronkową akcję na połowie przeciwnika przeprowadziła trójka Rekiel – Zagórski – Wrzesiński. Po strzale „Seby” prowadziliśmy 1:0. Zielono czarni głośniej, ale i bardziej nerwowo zaczęli krzyczeć na siebie. Też grali w cieniu przeszłości... Że mecze z BKS-em bywały dla nich zmorą, przypomniał im w 24 minucie, przepięknym uderzeniem z 18 metrów Łukasz Wiech. Było 2:0. Tuż przed przerwą, zgasił tlące się jeszcze złudzenia Krzysiek Gładosz, zdobywając trzecią bramkę z „główki” po rzucie rożnym. Druga połowa była już jednostronnym widowiskiem. W 38 minucie, po raz drugi koronkową akcję duetu napastników na polu karnym Górnika na bramkę zamienił Kuba Olszewski. Gospodarzom na wiele się nie zdał zdobyty w 42 minucie gol po uderzeniu z rzutu wolnego. Odpowiedź przyszła bardzo szybko: w 48 minucie, po pięknym profesorskim, prostopadłym podaniu „Kyla”, drugą bramkę w meczu zdobył Sebastian Wrzesiński. W 65 minucie filmowego gola zdobył Grzesio Trela. Strzał ten, nie wierząc własnym oczom, oglądałem kilka razy. Jednak się nie pomyliłem: Gelian uderzył piłkę z 25 metra, która bramkarzowi wpadła za tak zwany kołnierz. Dobił go jeszcze raz „Olszówka” po indywidualnej akcji w polu karnym. Chyba po raz pierwszy w historii ligowych meczów BKS zdarzyło się, że duet napastników Rekiel – Zagórski nie zdobył bramki. W minionym sezonie, strzelili prawie połowę z 93 goli. Tym razem mieli tylko udział w bramkach. Ale to pożądane zjawisko! Taka jest współczesna piłka, że do akcji ofensywnych – gdy napastnicy są ściśle kryci – muszą włączać się pomocnicy, a nawet obrońcy. Po trzech meczach, zdobyte bramki – jak dotąd jest ich 17 – rozkładają się po równo na wszystkie formacje. Tak trzymać chłopcy, tak trzymać!

Andrzej Rekiel

Górnik Łęczna – BKS Lublin 1:7 (0:3), bramki zdobyli: S. Wrzesiński (19 i 48 minuta), Ł. Wiech (24 minuta), K. Gładosz (34 min.), J. Olszewski (38 i 66 min.), G. Trela (64 min.).
BKS: M. Żuber, J.Olszewski, Ł. Jaśkiewicz, P. Baran, G. Trela, S. Wrzesiński, Ł. Wiech, K. Gładosz, J. Kędzierski, P. Rekiel, J. Zagórski. Grali ponadto: M. Świetlicki, M. Sikora, J. Wąsik, P. Warowny, P. Karwat, S. Gierlasiński.




Górnik Łęczna - BKS Lublin    1 - 7


[Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                                                         [Rozmiar: 241999 bajtów]

04.09.2010 Mecz z Orlętami Łuków

    Tym razem po meczową relację postanowiłem napisać inaczej niż zwykle. Z kilku powodów. Po pierwsze, relacja polegająca na w miarę precyzyjnym opisie akcji i zdobywanych bramek mogła już się znudzić, wywołać wrażenie pewnej niesprawiedliwości: ich głównymi bohaterami są przede wszystkim zawodnicy formacji ofensywnych. A gry zespołowe, co oczywiste, to cała drużyna, obrońcy, bramkarz. Często cisi, niewidoczni bohaterowie, od których zaczynają się zwycięskie zagrania i gole. Przypominanie tej prawdy nie ma sensu, było o tym już nie raz. Okazja do zastosowania odmiennej niż zazwyczaj formie przyszła sama. Ponieważ na meczu, po raz pierwszy w roli kibica i obserwatora obecny był Artur Aleksandrowicz, opis meczu trampkarzy młodszych BKS-u Lublin z Orlętami Łuków przybrał kształt fikcyjnego wywiadu z wieloletnim trenerem chłopców.
-Artur, jak się czułeś w nowej roli? Z grupą tą przepracowałeś wiele lat!
-Z niektórymi 5. Byłem lekko wzruszony. Gratuluję chłopcom przekonywującego zwycięstwa, dobrej, jak zawsze widowiskowej i skutecznej gry, chociaż i tym razem rozmiary zwycięstwa powinny być większe. Jak zauważyłem, trener Guściora zmienił ustawienie drużyny, pozostawiając ten sam, tak zwany wyjściowy skład.
-Właśnie, jak oceniasz zmiany?
-Atak pozostał ten sam. Nękanie obrony przeciwników zaczyna dwójka napastników: Zagórski – Rekiel. Zmiany nastąpiły w defensywie i drugiej linii. Rolę stoperów pełni para Baran – Jaśkiewicz. Bocznym obrońcą został Kuba Olszewski. U mnie grał ofensywnego pomocnika. Że zdobywanie bramek nie jest dla niego czymś obcym pokazał w 8 minucie strzelając gola po serii zwodów w polu karnym. Trzeba przyznać, że sprzyjało mu szczęście. Obrońca gości powinien wybić piłkę. Cóż, ale piłka nożna to także wykorzystywanie błędów przeciwnika. Brawa dla Kuby za tą indywidualną akcję.
-Po indywidualnych przebojach bramki zdobyli Sebastian Wrzesiński i Paweł Rekiel.
-Niezupełnie. Poprzedziły je prostopadłe zagrania Łukasza Wiecha. Bez nich ani „Seba”, ani „Rekielek” nic by nie zrobili. W minionych sezonach nie jeden raz pisałeś, że wygrywa i przegrywa cała drużyna. Łukasz Wiech grał i gra środkowego pomocnika. Jak zawsze harował na całym boisku, a jego bramkę zdobytą zza pola karnego mogliby oglądać reprezentanci Polski. To nie przypadek, już w siódmej minucie z poza „16-ki” trafił w poprzeczkę.
-W „robieniu gry” Łukasza wspiera Krzysiek Gładosz.
-To piłkarski profesor. Nienaganna technika, silny strzał z dystansu. Duże wzmocnienie składu. Mogę tylko żałować, że w minionym sezonie grał w starszym roczniku.
-W Kraśniku zagrał jeden raz.
-Tak. Też wygraliśmy 8:2. I „Kylo” grał tak samo, po profesorsku. Niestety, niekiedy zbyt egoistycznie. Musi widzieć lepiej ustawionych kolegów, zagrywać do nich.
-Jego przejście do rocznika 97’ nie jest dla ciebie źródłem satysfakcji? Wiesz, o czym mówię!
-Oczywiście. Gdyby wtedy, rok temu, do trampkarzy młodszych przeszło kilku chłopców, na czym zależało władzom klubu, nie byłoby dziś tej, ciekawej, perspektywicznej, rozwijającej się stale drużyny. Chłopcy naprawdę nie stoją w miejscu! Zobacz, jakie postępy zrobił Paweł Warowny. Rodzi się ciekawy skład!
-Proces ten zachodzi nie tylko u „Roniego”!
-Jasne. Na plus zaskoczyli mnie Kuba Kędzierski i Sebastian Wrzesiński. Miałem wrażenie, że wiosną nie grali swojego, byli jakby zagubieni. Ale cóż, przyszli do mnie od trenera Rejdycha. Teraz rozumieją się z kolegami. Akcję i bramkę na 1:0 w meczu z TOP-em: Zagórski – Kędzierski – Rekiel poleciłbym trenerowi Smudzie, aby pokazał reprezentantom na czym polega gra w piłkę nożną.
-Piękna, szybka kombinacja.
-W minionych sezonach wiele ich było. Dzisiaj miałem wrażenie, że po strzeleniu bramki na 2:0 chłopcy zbytnio bawią się piłką. Kiedyś, przed laty, taką grę nazywano „szkołą krakowską”. Dobra technika była zawsze cechą tej drużyny. Z kilkoma wyjątkami, nie są to rośli chłopcy.
-Po utracie drugiej bramki, goście z Łukowa przeprowadzili akcję zakończoną strzałem w słupek. Przypomniało mi to coś.
-Mi też. Chłopaki wiedzą, o co chodzi. Jeżeli zechce, może o to zapytać ich, mnie czy rodziców nowy trener. Szczegółów nie zdradzę, wywiad ten mogą przeczytać rywale. Jeżeli podobnych błędów w obronie uda się uniknąć, jak najbardziej realnym jest wygranie ligi. Dwa razy mi się to nie udało, chociaż było bardzo blisko. Ale do trzech razy sztuka! Życzę tego Czarkowi, chłopcom i oczywiście rodzicom.
-A my życzymy dalszego ciągu sportowej przygody i zabawy z młodszymi dziećmi. Myślę, że o roczniku 97’będzie jeszcze głośno, a maluchy będą mogli powiedzieć: trenował ich nasz trener.

Andrzej Rekiel

BKS Lublin – Orlęta Łuków 8:2 (2:0). Bramki: J. Zagórski – 2 (12 i 51 minuta), J. Olszewski (8 min.), S. Wrzesiński (37 min.), P. Rekiel (41 min.), Ł. Wiech (55 min.), M. Sikora (62 min.), P. Baran (70 min.)

BKS: M. Żuber, J.Olszewski, Ł. Jaśkiewicz, P. Baran, G. Trela, S. Wrzesiński, Ł. Wiech, K. Gładosz, J. Kędzierski, P. Rekiel, J. Zagórski. Grali ponadto: M. Świetlicki, D. Borowik. M. Sikora, P. Dolar, J. Wąsik, P. Warowny, P. Karwat.




BKS Lublin - Orlęta Łuków    8 - 2


[Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                           [Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                                                  



25.08.2010 Mecz z TOP Biała Podlaska

    Kolejny sezon sportowej przygody, już w Wojewódzkiej Lidze Trampkarzy Młodszych, nasi chłopcy zaczęli we środę 25 sierpnia. Po pięciu, sześciu latach treningów, po dwóch sezonach ligowych rozgrywek, po zgrupowaniu w Zamościu, kilku sparingach, z nowym trenerem, po raz pierwszy ligowy mecz przyszło im zagrać na pełno wymiarowym boisku. Po raz pierwszy w przestrzeganiu zasad i reguł gry sędziemu głównemu pomagać mieli boczni sędziowie. Dla zawsze ustawionej wysoko defensywy BKS ma to duże znaczenie. Teoretycznie trudniej będzie o pomyłki i stracone w nieprawidłowy sposób bramki. W minionych sezonach, nasi rywale w ten właśnie sposób czasami je zdobywali. Pierwszym przeciwnikiem, który przyjechał do Lublina był TOP-54 Biała Podlaska. Osoby choć co nieco orientujące się w młodzieżowej piłce Lubelszczyzny wiedzą, że każdy rocznik to silna i dobra drużyna. Zasadę tą, kolejny już raz, potwierdził poprzedzający mecz trampkarzy starszych. Chłopcy z Białej nie dali najmniejszych szans połączonym siłom „Widoku” i BKS. Po raz pierwszy w ligowych protokołach pojawił się KS Lublin. Zupełnie innym widowiskiem był mecz trampkarzy młodszych. Stanęły naprzeciw siebie dwie umiejące grać w piłkę i piłką, dobre technicznie drużyny. Z tego też chyba powodu obyło się było zbędnych, złośliwych fauli, gra była płynna, ładna dla oka. Niektóre akcje, bez zbędnej przesady i egzaltacji, można by określić „filmowe”. Takie były obydwie bramki. Zasłużenie wygrała lepsza drużyna, w której wszystkie formacje: bramkarz, obrona, pomoc i atak przenikały się wzajemnie i uzupełniały tworząc na boisku pewnie współgrający mechanizm. Zaczęło się obiecująco. W trzeciej minucie zza linii pola karnego uderzył Łukasz Wiech: piłka kilkanaście centymetrów poniżej tak zwanego „okienka” odbiła się od lewego słupka grających w żółto – czarnych strojach gości. Do piłki nie zdążył dobiec Paweł Rekiel, a „poprawka” Kuby Kędzierskiego przeleciała ponad poprzeczką. 6 minutę meczu można by określić mianem „zapowiedzi”. Minione mecze, zdobyte w ten sposób gole, przypomniał duet rozumiejących się na napastników: dośrodkowania „Zagóra” na bramkę nie zamienił jednak Paweł Rekiel. Z perspektywy całości meczu można by w tym momencie powiedzieć: „co się odwlecze, to nie uciecze”. Dwie minuty później zza linii pola karnego uderzył Krzysiek Gładosz. Jego strzał wyłapał bramkarz. W trzynastej minucie pierwszą groźną akcję przeprowadzili goście, z dużym spokojem i pewnie interweniował nasz bramkarz. Jego powrót do właściwego sobie rocznika, przebudowanej defensywie z pewnością doda potrzebnej pewności, opanowania, spokoju i doświadczenia, wzmocni je. Takim samym wzmocnieniem będzie Krzysztof Gładosz. Z Łukaszem Wiechem w drugiej linii mogą stworzyć bardzo groźny, myślący, widzący wiele, niezawodny „komputer pokładowy” zespołu, a wcześniej czy później, oddany z dystansu strzał „Kyla” stanie się ozdobą jakiegoś meczu. W ostatniej minucie pierwszej połowy mógł zdobyć bramkę: po rzucie rożnym, piłka uderzona przez niego głową o centymetry minęła lewy słupek bramki gości. Stojący na górce tatusiowie krzyknęli już „gol!” O 20 minucie można by powiedzieć: „do trzech razy sztuka”. I tym razem, z prawej strony dośrodkował „Zagór”, ale strzał Pawła Rekiela oddany pod poprzeczkę z „pierwszej piłki” zdołał sparować bramkarz. W tej sytuacji Paweł mógł pozwolić sobie na jej przyjęcie i posłanie po ziemi. Bramkarz nie miałaby szans. Ale może na tym polega tak zwane „życie”, że to co w nim przyszłe, lubi wcześniej zapowiadać siebie i dawać o sobie znak? 22 minuta tą metafizyczną zasadę zdaje się potwierdzać. Zaczęło się od Grzesia Treli, który zapoczątkował niespełna 10 sekundową, koronkową akcję podczas której piłka odbyła kilkudziesięcio metrową drogę z połowy BKS kończąc podróż w bramce gości. Sytuację tą, jej przebieg, można by oglądać i oglądać... „Gelian” zagrał do stającego przed polem karnym „Zagóra”, Kuba – prostopadłym podaniem na prawo pomiędzy obrońcami uruchomił filigranowego „Raula”, a Kuba Kędzierski podał idealnie do Pawła Rekiela, który strzałem pod poprzeczkę, jak wcześniej „z pierwszej piłki” pokonał bramkarza gości. Było 1:0! Całej drużynie wielkie brawa za tą akcję. W 24 powinno być 2:0. Tym razem prostopadłą piłkę do „Zagóra” zagrał „Kylo”, Kuba na szybkości minął obrońców i bramkarza: piłkę zmierzającą do siatki zdołał wybić piłkarz dobrze, ładnie i mądrze grających gości. Po tej akcji w BKS-ie dało chyba o sobie znać zmęczenie. Inicjatywę przejął TOP kilka razy groźnie atakując. Najlepszą sytuację mieli w 31 minucie, ale w pojedynku sam na sam lepszym – pierwszy, ale nie ostatni raz – okazał się Maksymilian Żuber. O uderzeniu głową Krzysia Gładosza w 35 minucie wspomniałem powyżej. Od początku drugiej połowy przeważał BKS, prawą stroną „szarpał” jak zwykle nieprawdopodobnie szybki „Borówa”. W 45 minucie Paweł Rekiel, przedarł się przez „zasieki obrońców”, zdołał podać do „Zagóra”, ale strzał Kuby z linii pola karnego zdołał wyłapać bramkarz. Dwie minuty później z około 20 metrów, ładnym, technicznym, lekko niecelnym strzałem bramkarza gości próbował zaskoczyć Krzysztof Gładosz. Po tym przyszło kilka minut chaosu: „chłopaki, to jest kopanina nie gramy na dwóch metrach” – nawoływał trener Guściora. W 60 minucie, po indywidualnej akcji drugą bramkę zdobył Kuba Zagórski. Mimo tego goście nie spasowali. Dwie minuty później „Maks” znowu wygrał pojedynek sam na sam, a w 67 minucie dopisało mu szczęście: w takiej samej sytuacji piłka minęła prawy słupek jego bramki. Choć na słowa uznania zasługuje cała drużyna kilka słów o bramkarzu. Pozwolę sobie na osobisty ton. Maksiu! Znamy się wiele lat. Razem z twoim tatą, innymi rodzicami, jeszcze z rocznikiem 96’, w „Lubliniance” oglądaliśmy niejeden twój mecz. Ponad dwa lata temu przeżyliśmy 10 niezapomnianych niedziel podczas turnieju Deichmanna, zakończonego zaskakującą, specjalną nagrodą dla was i dla nas, rodziców: lotem do Manchesteru na mecz „Czerwonych Diabłów” z Boltonem, zwiedzanie Old Traford i spotkanie z Tomaszem Kuszczakiem. Tam też rozegraliście dwa spotkania gromiąc rówieśników i remisując ze starszymi kolegami. Relację z waszego wyjazdu, w trzech kolejnych programach „Piłkarska Kadra czeka” pokazała Telewizja Polska. Był to jeden z nielicznych przypadków, gdy piłkarze z Polski byli lepsi od gospodarzy z wyspy. Sam pamiętasz i wiesz, jak różnie, w przygodzie między słupkami ci się układało. Czasami chyba mogłeś się załamać. Nie poddałeś się i wytrwałeś osiągając godny podziwu, zasługujący na szacunek sportowy poziom, dostrzeżony przez trenera wojewódzkiej kadry. Walka z samym sobą, ze słabością, znużeniem i zwątpieniem, konsekwentne dążenie do realnego, założonego celu, zawsze i wszędzie jest koniecznym warunkiem sensownego życia!

Andrzej Rekiel

BKS Lublin – TOP 54 Biała Podlaska 2:0 (1:0). Bramki: P. Rekiel – 22 minuta, K. Zagórski – 60 minuta.
BKS: M. Żuber, G. Trela, P. Baran, Ł. Jaśkiewicz, K. Olszewski, S. Wrzesiński, Ł. Wiech, K. Gładosz, J. Kędzierski, J. Zagórski, P. Rekiel.
Grali ponadto: D. Borowik, M. Sikora, P. Warowny, J. Wąsik, P. Dolar.




BKS Lublin - TOP Biała Podlaska    2 - 0


[Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                           [Rozmiar: 241999 bajtów]                                                                                                                  

Poprzedni sezon

    Dokonania drużyny z zeszłego sezonu w zakładce : Archiwum Młodzika Starszego .











[Rozmiar: 5586 bajtów]
Wspomnienia z wyjazdu do Manchesteru






admin : Marek
































projekt: www.atcsites.com